Z autokaru wynieśli trzy kolejne osoby, jedna strasznie krzyczy, wszystkie są przykryte folią. Wyciągają następnych pasażerów. Wszyscy są po kolei opatrywani. Krążą helikoptery pogotowia i policji - mówi TVN 24 Paulina, jedna z pasażerek polskiego autokaru, który rozbił się pod Miluzą. Opowiadała, że ratownicy wynosili rannych na noszach z autobusu, potem układali poszkodowanych na autostradzie. Ludzie są układani na autostradzie, na drewnianych usztywniaczach. Przy każdej zostaje pomocnik medyczny - tłumaczyła.

Reklama

Inni pasażerowie autokaru opowiadają, że ratownicy pojawili się w ciągu kilku minut. Lekko rannych i tych, którym udało się wyjść bez szwanku z wypadku przewieziono do pobliskiej szkoły. Pojawili się w miej okoliczni mieszkańcy, którzy znają polski i francuski i pomagają lekarzom porozumieć się z pasażerami.

Według Pauliny po wypadku kierowca nie mógł wybić szyby, więc pomagali mu pasażerowie. Gdy pierwsze osoby zaczęły wychodzić z autobusu, na miejscu już była pomoc. Przy tłumaczeniu pomagają osoby, które znają język francuski.

Pasażerowie opowiadają też o tym, jak doszło do wypadku. Kierowca, dość młody, próbował zawrócić, bo źle oszacował prędkość. Postawiło nas na bocznych kołach. Gdy odbił to już było za późno. Jeszcze nie wszyscy ranni zostali przewiezieni do szpitali. Jeszcze są osoby w autokarze i na zewnątrz - mówił Adrian - pisze gazeta.pl