"Gdy raz się znajdziesz na liście, tracisz wszelkie możliwości obrony" - podkreśli autor raportu Dick Marty, szef komisji ochrony praw człowieka Rady Europy. Ten sam, który dowodzi, iż w Polsce działało tajne więzienie CIA, w którym przesłuchiwano talibów oraz muzułmańskich terrorystów.
W raporcie podkreślono też, że decyzja UE ma moc niczym sądowy wyrok, który na dodatek zapada bez procesu. "Organizacji i ludzi nie informuje się o restrykcjach. Dowiadują się o nich, gdy okazuje się, że ich konto bankowe jest zablokowane albo gdy są zatrzymywani na granicy" - wyjaśnia w rozmowie z DZIENNIKIEM rzecznik Rady Europy Angus McDonald.
Pierwsza "czarna lista" powstała sześć lat temu, po ataku Al-Kaidy na Nowy Jork i Waszyngton. Teraz przedstawiciele służb specjalnych krajów UE podczas organizowanych dwa razy do roku poufnych spotkań wpisują na nią kolejne organizacje i nazwiska poszczególnych osób. Łącznie wpisów jest już przeszło 60. I o ile w wielu przypadkach charakter działalności oskarżonych nie podlega wątpliwości, w innych trudno wskazać, gdzie przebiega cienka granica między terroryzmem a działalnością wyzwoleńczą.
Nikt nie ma wątpliwości, że terrorystami są islamiści z Al-Kaidy czy Abu Sajaf, separatyści z baskijskiej ETA, którzy podkładają bomby w hiszpańskich miastach, czy kolumbijscy rebelianci z FARC. Jednak wśród organizacji uznanych przez Brukselę za terrorystyczne znajduje się wiele grup walczących o powstanie niezależnego państwa palestyńskiego czy Partia Pracujących Kurdystanu.
Na listę wpisano też założoną w Holandii Fundację Al-Aksa, która niesie pomoc humanitarną dla najbardziej potrzebujących Palestyńczyków. W lipcu Europejski Trybunał Sprawiedliwości stwierdził, że uznanie jej za terrorystyczną było bezprawne, jednak cały czas widnieje na "czarnej liście". "Nie można wykluczyć, że czasami naciski polityczne odgrywają pewną rolę w ustalaniu, kogo można uznać za terrorystę, a kogo nie" - przyznają w rozmowie z DZIENNIKIEM proszący o zachowanie anonimowości unijni dyplomaci.