W najwęższym miejscu cieśniny brzegi Hiszpanii i Maroka zbliżają się do siebie na odległość ponad 30 kilometrów. Zdesperowanych Marokańczyków nie wystraszyła jednak ani długa droga, ani wzburzone morze, ani silne w tym miejscu prądy, grożące zepchnięciem w głąb oceanu. We trzech wsiedli na wąską deskę surfingową. Bagaż przymocowali do opony zaczepionej na lince i popłynęli.

Tej decyzji omal nie przypłacili życiem. Od śmierci uratowała ich załoga statku kursującego między hiszpańskim miastem Tarifa i marokańskim Tangerem. "Byliśmy w odległości około 20 minut od Tangeru, kiedy zauważyliśmy, że w oddali coś się rusza. Daliśmy znać załodze i podpłynęliśmy zobaczyć, co to takiego" - opowiadał jeden z pasażerów statku, Hiszpan Miguel Marin.

Kiedy statek zbliżył się do imigrantów, okazało się, że jeden z mężczyzn wpadł do wody i ledwie trzymał się krawędzi deski. Dwóch pozostałych - przemoczonych i zziębniętych - siedziało na niej okrakiem z zabawkowymi wiosłami w dłoniach, ale bez sił, żeby nimi pracować.

To nie pierwszy taki przypadek na wodach cieśniny. Nielegalni imigranci niemal codziennie usiłują przedostać się tą drogą do Hiszpanii, najczęściej na prymitywnych łodziach.