Według relacji jednego z funkcjonariuszy BOR-u, ochraniającego naszą ambasadę w Kabulu życie ambasadora Najdera jest bardziej zagrożone niż życie polskich dyplomatów w Iraku. "Nie ma w Kabulu łatwiejszego celu dla terrorysty wyposażonego w granatnik RPG" - twierdzi funkcjonariusz w rozmowie z DZIENNIKIEM.

Oficer jest oburzony beztroską władz. "Ambasador nie ma rezydencji, mieszka w budynku ambasady, najwyższym w okolicy, na ostatnim piętrze. Ktoś, kto podjął taką decyzję, musiał być chory na głowę! Nie umieszcza się ambasadora na ostatnim piętrze, bo to się może skończyć śmiercią!" - mówi.

Kto odpowiada za taki stan rzeczy? "To BOR odpowiada za ochronę placówki" - mówi rzecznik MSZ Piotr Paszkowski. Ale jak twierdzą funkcjonariusze BOR i ich szefowie, opinii specjalistów w MSZ nikt nie słucha. "Do tej pory nigdy MSZ nie konsultowało z nami lokalizacji placówek, rozkładu budynków i rozmieszczenia w nich osób. Mam nadzieję, że to się zmieni" - powiedział DZIENNIKOWI gen. bryg. Marian Janicki, szef BOR-u.

Sytuacją poważnie zaniepokojony jest też wiceminister spraw wewnętrznych Adam Rapacki, któremu podlega BOR. "Prowadzimy twarde negocjacje z MSZ, aby wasze opinie na temat ochrony osób były respektowane przez osoby chronione" - powiedział wczoraj do funkcjonariuszy, którzy uratowali ambasadora Pietrzyka w Bagdadzie.

Na razie jednak negocjacje nie przyniosły rezultatów, a zagrożenie jest realne. Granatniki można bez problemu kupić nawet na rynku w Kabulu. "Wystarczy podejść na 150 - 200 m i oddać strzały. Budynek jest biały, więc doskonale widoczny o każdej porze dnia i nocy. Ambasady nie ogrodzono nawet sztywną siatką, która mogłaby chronić przed granatami wpadającymi na teren posesji. Takie zabezpieczenie zastosowano w Bagdadzie. To trzeba zrobić natychmiast!" - relacjonuje oficer BOR-u.

Z jego słów wynika też, że do ambasady można podejść praktycznie z każdej strony. Nie chronią jej betonowe t-walle ani zasieki, które mogłyby zatrzymać samochód-pułapkę nafaszerowany ładunkiem wybuchowym. "Na wniosek BOR-u blaszany płot został podniesiony do wysokości trzech metrów. Ale to żadne zabezpieczenie" - mówi funkcjonariusz. Najbardziej przeraża go jednak inna sprawa: "MSZ nie kupiło dla ambasadora i swoich pracowników nawet ciężkiego wozu opancerzonego, takiego, jaki uratował życie w Iraku gen. Edwardowi Pietrzykowi. Dla funkcjonariuszy BOR-u nie kupiło też takiego pojazdu MSWiA. A skład zespołu ochrony to zaledwie czterech ludzi. Takimi siłami nic nie da się zrobić" - denerwuje się.

Dlaczego MSZ nie uznaje Kabulu, stolicy Afganistanu, do którego wysłaliśmy na wojnę 1200 żołnierzy, za jeden z najbardziej zagrożonych rejonów świata? A jeśli uznaje, to dlaczego nie dba o życie polskich dyplomatów? Dlaczego placówka wygląda tak, jakby stała na Costa del Sol, w słonecznej Hiszpanii? "MSZ wybiera budynki na placówki według zasady 3 WM: w miarę ładny, w miarę reprezentacyjny, w miarę tani. Natomiast względów bezpieczeństwa nie bierze pod uwagę" - mówi funkcjonariusz BOR-u. I pyta:

"Czy naprawdę musi się polać więcej krwi? W zamachu w Bagdadzie zginął już jeden z funkcjonariuszy BOR-u Bartosz Orzechowski, a życie ambasadora wisiało na włosku. Czy władze obudzą się dopiero wtedy, kiedy ktoś zginie w Kabulu"?