Rozpoczęta w środę ofensywa wojsk izraelskich z dnia na dzień pochłania coraz więcej ofiar. Tylko w sobotę w wyniku nalotów zginęło aż 61 osób. Wśród zabitych są cywile. W okolicach
Dżabalii tego dnia zginęło pięcioro dzieci, w tym dwoje niemowląt, i trzy kobiety.
Izrael twierdzi uparcie, że jego celem są wyłącznie bojownicy radykalnego Hamasu, który od kilku miesięcy zawładnął palestyńską enklawą. Jednak sytuacja w Gazie zaczyna przypominać
wojnę bez żadnych reguł. "Tutaj dzieci giną na oczach matek. Ludzie są przerażeni i zupełnie bezradni" - mówi DZIENNIKOWI Muna, palestyńska pielęgniarka, która była
świadkiem ataków.
Izrael twierdzi, że obecna ofensywa to odwet za powtarzające się ataki rakietowe, jakie z terytorium Gazy prowadzą palestyńscy radykałowie. "Hamas od dawna prowokuje, a ostanio te
działania jeszcze się nasiliły. Reakcja musiała nastąpić, prędzej czy później" - mówi DZIENNIKOWI Anat Kurz z Centrum Studiów nad Bezpieczeństwem Jaffee (JCSS).
Na zaostrzenie sytuacji na Bliskim Wschodzie z coraz większym niepokojem patrzy świat. Wczoraj sekretarz generalny ONZ Ban Ki Mun określił izraelskie naloty jako "nadmierne" i
"nieproporcjonalne".
Tymczasem izraelski premier Ehud Olmert oświadczył, że jego kraj "nawet na minutę" nie zaprzestanie operacji. Także Hamas mimo ofiar ponoszonych przez cywilów zapewnia o
kontynuowaniu zbrojnego oporu wobec sąsiada. "Co dalej? Trzeba pytać o to Hamas. To od niego zależy zaostrzenie lub złagodzenie konfliktu" - uważa Anat Kurz.
Z misją pokojową na Bliski Wschód wybiera się dziś sekretarz stanu USA Condoleezza Rice. Może ona okazać się niezwykle trudna, bo w odpowiedzi na zeszłotygodniowe ataki palestyński
prezydent Mahmud Abbas zawiesił wczoraj wszelkie kontakty z Izraelem. Może to oznaczać, że zarysowany w listopadzie przez prezydenta George’a Busha w Annapolis plan powołania do życia
niepodległej Palestyny do początku 2009 r. może okazać się nierealny.