Nastolatek stoi wobec zarzutu zastrzelenia dwóch demonstrantów i zranienia trzeciego. Oskarżony jest też o kilka mniejszych przestępstw kryminalnych. Do tragedii doszło w ubiegły wtorek podczas protestów przeciw brutalności policji w Kenosha, w stanie Wisconsin. Rittenhouse przebywa w areszcie w stanie Illinois, gdzie mieszka. Trwa śledztwo w tej sprawie.

Reklama

Jak informuje we wtorek amerykańskie radio publiczne NPR, Trump zapytany podczas poniedziałkowej konferencji prasowej, czy potępiłby czyn nastolatka z Illinois, stanął w jego obronie. Powiedział, że wydaje mu się, że domniemany zabójca działał w samoobronie.

- Wygląda na to, że próbował od nich uciec. (…) Myślę, że był w bardzo dużym kłopocie. Prawdopodobnie zostałby zabity – wyjaśnił prezydent.

Zdaniem adwokatów Rittenhouse'a właściciel miejscowego salonu samochodowego poprosił go o ochronę firmy w trakcie protestów. Nastolatek został wówczas zaatakowany przez demonstrantów. Prawnicy argumentują, że w obronie życia nie miał innego wyjścia niż użyć broni. Uciekł się, jak podkreślają, do "nadanego przez Boga, konstytucyjnego, powszechnego i ustawowego prawa do samoobrony".

- Na odgłos wystrzału za jego plecami, Kyle odwrócił się i natychmiast stanął w obliczu napastnika, który rzucił się w jego stronę i chciał mu wyrwać karabin. (…) Aby się obronić, zareagował natychmiast, i słusznie, strzelając i trafiając w napastnika - twierdzą obrońcy, cytowani przez stację NBC z Chicago.

Prokuratorzy z hrabstwa Kenosha złożyli dokumenty, w których zażądali jego ekstradycji do Wisconsin. Zgodnie z prawem tego stanu jako 17-latek Rittenhouse ma być sądzony jako dorosły. Grozi mu kara dożywotniego więzienia.

NPR zauważyło, że domniemane zachowanie napastnika wywołało różne komentarze zależnie od przynależności partyjnej. Republikanie mówili o Rittenhouse jako tragicznej postaci, patriocie, którego ekstremalne działania zrodziły się z niepowodzeń Demokratów w tłumieniu przemocy na ulicach.

Z kolei Demokraci wskazywali, jak stwierdza radio publiczne, na prowadzącą do coraz większych podziałów retorykę prezydenta. Zarzucali mu, że popiera stosowanie przemocy wobec protestujących. Uznali to za przesłanie do renegatów posiadających broń, aby czuli, że mogą działać bezkarnie w imię "prawa i porządku".