To armia 350 tys. osób, które musiałyby miesięcznie oddawać od 3 do 9 proc. swoich zarobków do państwowego budżetu. Oznaczałoby to pozbawienie ich od 1500 do 2800 euro rocznie.
Organizatorzy demonstracji, którzy wyprowadzili 100 tys. osób na ulice półmilionowego miasta, mówią, że i nie ma powodu, żeby za niego płacili. Uczestnicy protestu nie ukrywali swojej wściekłości wobec poczynań rządu.
"Mam hipotekę do spłacenia, wydaję pieniądze na szkołę dla dzieci a ci mi mówią, że muszą mi znowu obciąć wypłatę. I to pewnie nie po raz ostatni" - mówił jeden z maszerujących. "Robi mi się niedobrze, jak patrzę, jak ten rząd się zachowuje i co robi dla kraju" - dodał.
W specjalnie wydanym oświadczeniu szef rządu stwierdził, że podatek to rozsądne wyjście, mimo że "dla niektórych może być bolesne". W każdym razie "odzwierciedla rzeczywistość, w jakiej znalazł się kraj".
W kraju, który do niedawna był synonimem dynamicznego rozwoju gospodarczego, w styczniu liczba ludzi bez pracy wzrosła do 326 tys. To najwięcej od 1967 roku, kiedy zaczęto liczyć bezrobotnych na Zielonej Wyspie.