Dziennik Gazeta Prawana logo

Wpłacili, spłacają, nie wykupią. Wrocławski paradoks mieszkań społecznych

dzisiaj, 14:33
Ten tekst przeczytasz w 23 minuty
Wrocław
Wpłacili, spłacają, nie wykupią. Wrocławski paradoks mieszkań społecznych/shutterstock
We Wrocławiu od lat funkcjonują obok siebie dwa mieszkaniowe światy. Formalnie oba należą do porządku publicznego i oba mają służyć realizacji polityki społecznej miasta. W praktyce prowadzą jednak do skutków tak odmiennych, że trudno mówić o jednej logice, jednym standardzie i jednym pojęciu sprawiedliwości. Wrocław utrzymuje przy wykupie mieszkań komunalnych bonifikaty sięgające 85 i 93 procent, a TBS Wrocław jednocześnie wprost komunikuje, że nie przewiduje przeniesienia własności lokalu na najemcę.

Dwa mieszkaniowe światy we Wrocławiu

W pierwszym świecie lokator mieszkania komunalnego może po latach wykupić lokal za ułamek wartości. Miasto, które wcześniej pobierało czynsz i pozostawało właścicielem, w pewnym momencie otwiera furtkę do przejęcia mieszkania za 7 albo 15 procent ceny ustalonej przez gminę. Skutek jest oczywisty: najemca wychodzi z systemu nie tylko z dachem nad głową, ale z pełnoprawnym aktywem majątkowym. Z mieszkaniem, które może sprzedać, wynająć, przepisać dzieciom, wykorzystać jako zabezpieczenie finansowe albo po prostu zachować jako fundament rodzinnego bezpieczeństwa. Mechanizm bonifikat na poziomie 85 i 93 procent wynika z oficjalnych zasad sprzedaży lokali komunalnych przez miasto.

W drugim świecie znajduje się lokator TBS. Wpłaca na wejściu do 30 procent kosztów budowy mieszkania. Często są to oszczędności życia, rodzinne pożyczki, środki odkładane latami. Potem przez wiele lat płaci czynsz. Czynsz nie symboliczny, nie socjalny, nie oderwany od ekonomii, ale taki, który realnie obciąża budżet domowy. Po latach lokator TBS nie dowiaduje się jednak, że zbliża się do własności. Dowiaduje się czegoś dokładnie odwrotnego: że nie ma żadnej drogi do wykupu, bo system nie został do tego stworzony. TBS Wrocław opisuje partycypację do 30 procent kosztów budowy i jednocześnie zaznacza, że najemca nie może stać się właścicielem lokalu.

To nie jest spór o technikę prawodawczą. To nie jest nawet wyłącznie spór o lokale. To jest spór o to, czy państwo i samorząd traktują podobne grupy mieszkańców według podobnych zasad, czy też budują dwa porządki: jeden dla tych, którym pozwala się gromadzić kapitał, drugi dla tych, którzy mają stabilnie i posłusznie finansować system, nie budując niczego własnego poza historią przelewów.

Dwa mieszkania, dwa życiorysy, dwa zupełnie różne finały

Najbardziej uderzające w tej historii jest to, że punkt wyjścia w obu modelach bywa podobny. Mówimy nie o najbogatszych, lecz o ludziach, którzy potrzebowali mieszkania, szukali stabilności, chcieli zorganizować życie rodzinne i zawodowe, często nie mieli zdolności kredytowej wystarczającej do wejścia na wolny rynek albo uznawali, że publiczny model mieszkaniowy będzie bezpieczniejszy i uczciwszy.

Jedni trafili do zasobu komunalnego. Drudzy do TBS. Po latach okazuje się, że ich życiorysy mieszkaniowe rozchodzą się w dwóch przeciwnych kierunkach.

Lokator komunalny może stać się właścicielem. Miasto sprzedaje mu mieszkanie z bonifikatą. W 2024 roku Wrocław sprzedał 846 mieszkań komunalnych, a wpływy z tej sprzedaży przekroczyły 96 mln zł. W dokumentach miejskich przewidziano też dalszą sprzedaż lokali w kolejnych latach, łącznie 4 220 lokali w latach 2026–2031, z czego 3 720 na rzecz najemców.

Lokator TBS pozostaje najemcą. Nie dostaje drogi dojścia do własności, mimo że wcześniej wniósł partycypację i mimo że przez lata płaci czynsz w modelu, który współfinansuje system. TBS Wrocław wprost komunikuje, że nie przewiduje przeniesienia własności lokalu na najemcę, a sama idea tego segmentu opiera się na najmie, nie na uwłaszczeniu. Jednocześnie wejście do systemu wymaga wniesienia partycypacji do 30 procent kosztów budowy.

Ważne

I tu właśnie ujawnia się najgłębszy paradoks. W jednym modelu człowiek może po latach uzyskać bardzo duży prezent majątkowy od gminy. W drugim modelu człowiek najpierw wnosi własny kapitał, potem przez lata płaci wysoki czynsz, a na końcu słyszy, że właścicielem nigdy nie będzie. Nie dlatego, że nie płacił. Nie dlatego, że nie uczestniczył w finansowaniu. Tylko dlatego, że trafił do innej szuflady administracyjnej.

Nie dość biedni na komunalne, nie dość bogaci na rynek

Warto powiedzieć to jeszcze uczciwiej. TBS od początku był promowany jako rozwiązanie dla tych, którzy byli zbyt zamożni, by kwalifikować się do najbardziej osłonowych form wsparcia mieszkaniowego, ale jednocześnie zbyt słabi ekonomicznie, by bezpiecznie wejść na rynek kredytowy. Innymi słowy: dla ludzi pracujących, próbujących utrzymać się samodzielnie, ale bez majątku pozwalającego kupić mieszkanie na zwykłych warunkach. TBS Wrocław sam opisuje model jako budownictwo społeczne przeznaczone dla osób niespełniających kryteriów lokali komunalnych, ale nieposiadających możliwości zakupu mieszkania na rynku komercyjnym.

I właśnie ta grupa została w praktyce ukarana za swoją zaradność. Nie była wystarczająco biedna, by dostać najbardziej preferencyjny model. Nie była też wystarczająco bogata, by wejść w pełną własność. Trafiła więc do systemu, w którym ma być wystarczająco wypłacalna, by wpłacić partycypację i regularnie płacić czynsz, ale niewystarczająco uprzywilejowana, by z tego wysiłku zbudować majątek.

Partycypacja, czyli kapitał bez udziału

Najbardziej niedocenianym i jednocześnie najbardziej brutalnym elementem systemu TBS jest partycypacja. To słowo brzmi technicznie, niemal neutralnie, jakby chodziło o zwykły formularz albo opłatę wpisową. W praktyce chodzi o realne pieniądze. Duże pieniądze. Dla wielu rodzin były to środki odkładane latami, pieniądze pożyczone od rodziny, wyjęte z innych planów, z bezpieczeństwa, z marzeń o czymś własnym. Zasady TBS Wrocław przewidują partycypację sięgającą do 30 procent kosztów budowy lokalu.

System TBS wymaga więc, aby lokator wszedł do niego nie jako bierny odbiorca pomocy, ale jako ktoś, kto sam wnosi znaczący wkład. I właśnie dlatego tym większe zdziwienie budzi to, że ten wkład nie przekłada się na prawo do udziału we wzroście wartości nieruchomości.

Bo to jest sedno problemu.

Lokator wpłaca nawet do 30 procent kosztów budowy. Przez lata ceny mieszkań rosną. Wartość nieruchomości rośnie. Cały rynek mieszkaniowy we Wrocławiu przez ostatnie lata przechodził silną aprecjację. Ale partycypant nie partycypuje w tym wzroście. Nie otrzymuje udziału właścicielskiego. Nie przechodzi z pozycji współfinansującego do pozycji współwłaściciela. Nie uzyskuje prawa do przejęcia mieszkania na zasadach odpowiadających jego wieloletniemu wkładowi.

Ważne

Mówiąc najprościej: lokator TBS finansuje wejście do systemu, ale nie uczestniczy we wzroście wartości mieszkania. Wzrost wartości pracuje dla spółki, nie dla rodziny, która wyłożyła własne pieniądze na starcie.

Najdotkliwiej widać to w perspektywie czasu i inflacji. Pieniądze wpłacane kilkanaście czy dwadzieścia lat temu miały zupełnie inną siłę nabywczą niż dziś. Nawet jeśli system przewiduje zwrot partycypacji po opuszczeniu lokalu, to nie zmienia podstawowego faktu: lokator nie uczestniczy w rynkowym wzroście wartości nieruchomości, który w dużych miastach był w ostatnich latach ogromny. Jego kapitał nie rośnie razem z mieszkaniem. Mieszkanie rośnie na wartości, ale nie dla niego. TBS Wrocław wskazuje zwrot partycypacji po opuszczeniu lokalu, nie zaś uzyskanie własności przez najemcę.

I tu właśnie tkwi jedno z najpoważniejszych pęknięć całego modelu. W systemie komunalnym najemca może nie wpłacić nic na wejściu, a potem dostać drogę do własności z bonifikatą. W systemie TBS najemca wpłaca znaczący kapitał i nie dostaje drogi do własności. To nie jest społeczna równowaga. To jest odwrócenie elementarnej logiki.

Czynszowy kredyt. Spłacasz, ale nie posiadasz

Drugim filarem tej pułapki jest czynsz. Publiczna debata o TBS-ach bardzo często zatrzymuje się na prostym porównaniu stawek. Czy czynsz jest wysoki, czy umiarkowany, czy bardziej dostępny niż rata kredytu. To wszystko są pytania ważne, ale nie dotykają najważniejszego rdzenia.

Najważniejsze jest to, że czynsz w TBS nie jest wyłącznie zapłatą za korzystanie z lokalu. Z ekonomicznego punktu widzenia lokator uczestniczy w modelu, w którym system finansowania inwestycji jest obsługiwany przez lata właśnie dzięki czynszom. TBS Wrocław sam tłumaczy, że stroną umowy kredytowej jest spółka, a po spłacie kredytu możliwe jest co najwyżej rozliczenie partycypacji wpływające na czynsz, nie zaś przejście lokalu na własność najemcy.

To właśnie tutaj pęka cała narracja o społecznym kompromisie. Bo z perspektywy rodziny wygląda to tak: najpierw wpłacili istotny kapitał. Potem przez lata płacili czynsz w systemie, który obsługiwał finansowanie budynku. Gdy finansowanie zostaje spłacone, spółka pozostaje właścicielem wolnego od obciążeń aktywa. Lokator pozostaje lokatorem.

To fundamentalna różnica wobec zwykłego kredytu hipotecznego. W banku człowiek płaci przez lata, ale po spłacie długu zostaje właścicielem. W TBS człowiek płaci przez lata, ale po spłacie systemowego finansowania nie staje się właścicielem niczego. Dalej płaci, dalej mieszka, dalej jest najemcą.

Nie chodzi o to, by naiwnie zrównać oba modele w każdym szczególe. Chodzi o wskazanie zasadniczego paradoksu: w jednym człowiek buduje majątek rodzinny, w drugim współbuduje majątek spółki. To nie jest niuans. To jest centralna prawda o tym modelu.

Złota klatka i bariera wyjścia

Zwolennicy systemu TBS lubią przedstawiać go jako bezpieczny model pośredni, etap stabilizacji, coś pomiędzy niepewnym najmem rynkowym a własnościowym ideałem, którego nie każdy musi przecież potrzebować. W teorii brzmi to rozsądnie. W praktyce wiele rodzin doświadcza TBS jako formy złotej klatki.

Dlaczego?

Bo wejście do systemu kosztuje. Partycypacja zamraża pieniądze. Wyjście z systemu nie przenosi ze sobą tego, co człowiek przez lata „spłacił” w sensie ekonomicznym. Nie zabiera ze sobą kapitału ukrytego w czynszach. Nie wynosi ze sobą udziału we wzroście wartości nieruchomości. Zabiera co najwyżej rozliczenie partycypacji, które po latach może mieć siłę nabywczą dalece niewystarczającą wobec realiów rynkowych. TBS Wrocław opisuje partycypację jako kwotę zwracaną po opuszczeniu lokalu.

W tym sensie lokator TBS nie ma tej mobilności, którą zyskuje właściciel po wykupie mieszkania komunalnego. Właściciel może sprzedać, wynająć, zamienić, przepisać dzieciom, użyć mieszkania jako zabezpieczenia, przestawić życie w nowy tor. Lokator TBS ma bardziej ograniczone pole manewru. Jest związany systemem, w który już zainwestował, i z którego wyjście może oznaczać nie awans, lecz regres.

To właśnie dlatego TBS nie jest dla wielu rodzin przystankiem. Jest ślepym zaułkiem. Nie dlatego, że nie daje dachu nad głową. Daje. Ale dlatego, że nie pozwala tego dachu przekształcić w kapitał, który w polskich warunkach decyduje o trwałym bezpieczeństwie ekonomicznym rodziny.

Mit rotacyjności

Władze i obrońcy obecnego modelu lubią powtarzać, że zasób TBS musi pozostać niesprzedany, bo ma służyć kolejnym potrzebującym i zachować charakter rotacyjny. Problem w tym, że w praktyce ten model rotacyjny jest w dużej mierze fikcją. TBS Wrocław sam komunikuje bardzo wysokie zainteresowanie lokalami, sięgające ponad 30 chętnych na jedno wolne mieszkanie, a zarazem utrzymuje konstrukcję, w której lokatorzy wiążą z systemem własny kapitał poprzez partycypację.

Ludzie nie traktują TBS jako krótkiego postoju. Zostają tam na długie lata, często na całe dorosłe życie, bo ich kapitał został związany z systemem, a wyjście z niego oznaczałoby wejście na rynek z dużo słabszej pozycji niż ta, którą mieli przy wejściu. Skoro więc nie ma realnej rotacji, argument o konieczności blokowania wszelkiej rozmowy o dojściu do własności staje się wygodnym hasłem, a nie uczciwym opisem rzeczywistości.

Paradoks remontowy: lokator podnosi wartość, ale nie buduje własności

Do tej układanki dochodzi jeszcze jeden element, rzadziej obecny w debacie, a bardzo ważny z punktu widzenia zwykłego życia. Lokatorzy TBS często wprowadzają się do mieszkań wymagających własnych nakładów na wykończenie, doposażenie lub późniejsze odświeżenie. W praktyce oznacza to kolejne dziesiątki tysięcy złotych wkładane w lokal, który nadal nie jest ich.

Podłogi, płytki, zabudowa kuchni, poprawa standardu, bieżące inwestycje w normalne funkcjonowanie rodziny, wszystko to podnosi użyteczność i nierzadko również wartość lokalu, ale nie tworzy po stronie mieszkańca żadnego prawa własnościowego. To kolejny paradoks tego systemu: lokator nie tylko wnosi partycypację i przez lata finansuje model czynszowy, ale często jeszcze własnym kosztem poprawia standard cudzego majątku.

Dziedziczenie kapitału dla jednych, dziedziczenie bezsilności dla drugich

Największa różnica między obiema ścieżkami nie dotyczy tylko bieżącej wygody ani miesięcznej opłaty. Dotyczy przyszłości. Dotyczy dzieci. Dotyczy tego, kto ma szansę przekazać kolejnemu pokoleniu realne aktywo, a kto pozostawi mu co najwyżej wspomnienie, że rodzice byli terminowi i odpowiedzialni.

Mieszkanie wykupione z zasobu komunalnego staje się aktywem rodzinnym. Może zostać przekazane dzieciom. Może być sprzedane i zamienione na inny lokal. Może stać się podstawą dalszego awansu majątkowego. Nawet jeśli ktoś nie sprzeda takiego mieszkania nigdy, samo posiadanie go zmienia pozycję rodziny. Daje większe bezpieczeństwo. Daje możliwość planowania. Daje ochronę przed częścią ryzyk rynku.

Model TBS tego nie daje. Owszem, daje stabilny adres, pewną przewidywalność, czasem przyzwoite warunki życia. Ale nie tworzy właścicielskiego zaplecza dla następnego pokolenia. Nie buduje rodzinnego kapitału w takim sensie, w jakim buduje go wykup lokalu komunalnego.

I właśnie tu ujawnia się może największa niesprawiedliwość całego systemu. W polskich warunkach mieszkanie jest dla większości rodzin jedynym realnym nośnikiem kapitału międzypokoleniowego. To ono decyduje o tym, czy dzieci startują w dorosłość z zapleczem, czy bez niego. Wrocław, utrzymując wykup mieszkań komunalnych za ułamek wartości i jednocześnie blokując jakąkolwiek realną ścieżkę dojścia do własności dla lokatorów TBS, nie tylko różnicuje sytuację obecnych mieszkańców. W istocie różnicuje pozycję ich dzieci. Jedni przekażą kolejnemu pokoleniu aktywo. Drudzy przekażą najwyżej historię uczciwych wpłat i życia w systemie, który przez lata pobierał pieniądze, ale nie pozwalał budować własności.

Jeżeli samorząd chce mówić o polityce społecznej serio, powinien umieć odpowiedzieć na proste pytanie: dlaczego dwa modele publicznego mieszkalnictwa prowadzą do tak skrajnie odmiennych skutków majątkowych dla rodzin? Dlaczego jedni mogą przekazać dzieciom mieszkanie, a drudzy tylko opowieść o tym, że przez lata płacili niemało i nie zbudowali niczego własnego?

Mieszkaniowa loteria pokoleniowa

Można oczywiście powiedzieć, że komunalne i TBS to dwa różne segmenty, dwa różne cele, dwa różne porządki prawne. To prawda. Ale ta prawda formalna nie unieważnia prawdy materialnej.

Materialnie wygląda to tak: o tym, czy człowiek wyjdzie po latach z publicznego systemu z aktywem wartym setki tysięcy złotych, czy tylko z pokwitowaniem opłat, decyduje często to, do którego segmentu zasobu trafił kiedyś w wyniku konkretnej administracyjnej kwalifikacji. Jeden trafił do modelu, w którym po latach dostaje kapitał. Drugi do modelu, w którym przez lata buduje kapitał cudzy.

To nie jest spójna polityka mieszkaniowa. To jest mieszkaniowa loteria pokoleniowa.

Jeżeli ktoś przed laty trafił do właściwej kategorii, mógł otrzymać możliwość wykupu lokalu komunalnego za ułamek wartości. Jeżeli ktoś był zbyt zaradny na lokal socjalny, ale zbyt słaby finansowo na wolny rynek, mógł zostać skierowany do systemu TBS, w którym wpłacił znaczące środki i przez lata płaci czynsz, nie dostając żadnej porównywalnej ścieżki dojścia do własności. Bonifikaty wykupu komunalnych i brak ścieżki własnościowej w TBS są tu dwoma biegunami tej samej miejskiej polityki.

Miasto nie nagradza tu konsekwentnie ani odpowiedzialności, ani wkładu własnego. Nagradza raczej historyczny przypadek administracyjny.

Hipokryzja zasobu: raz święty, raz na sprzedaż

W sporze o TBS bardzo często pada argument, że zasób społeczny musi być utrzymywany, bo miasto ma obowiązek zapewniać mieszkania kolejnym potrzebującym, bo potrzebna jest rotacja, bo nie można po prostu wszystkiego uwłaszczyć. Taki argument może wydawać się rozsądny, dopóki nie zderzy się go z polityką wobec mieszkań komunalnych.

Bo wtedy okazuje się, że ten sam samorząd, który wobec lokatorów TBS mówi o konieczności utrzymania zasobu i o niemożności prowadzenia ścieżki własnościowej, jednocześnie sprzedaje mieszkania komunalne z bonifikatami sięgającymi 85 i 93 procent. W 2024 roku takich sprzedaży było 846. W kolejnych latach planowane są następne tysiące.

A więc zasób publiczny bywa święty tylko tam, gdzie wygodnie jest utrzymać go jako narzędzie trwałego najmu. Gdzie indziej może zostać sprzedany za ułamek wartości. Trudno o wyraźniejszy dowód, że nie mamy do czynienia z jedną uczciwą filozofią gospodarowania mieszkaniami, tylko z dwiema różnymi politykami wobec dwóch różnych grup.

Ta niespójność staje się jeszcze bardziej uderzająca, gdy przypomni się o kolejkach, brakach mieszkaniowych, pustostanach i ogólnej chronicznej niewydolności polityki mieszkaniowej wielu polskich miast. Miasto nie może jednocześnie mówić, że zasób jest strategiczny i niezastąpiony, kiedy odmawia dyskusji o uczciwych rozwiązaniach dla lokatorów TBS, a równocześnie sprzedawać inną część tego zasobu na bardzo preferencyjnych warunkach. To jest nie tyle niespójność argumentacyjna, ile polityczna hipokryzja.

Kto naprawdę korzysta z systemu TBS

W tym miejscu pojawia się pytanie najtrudniejsze i najważniejsze. Jeżeli lokator TBS nie staje się właścicielem, mimo że wpłacił znaczący wkład i przez lata finansował system czynszem, to kto jest prawdziwym beneficjentem tego modelu?

Pierwsza odpowiedź brzmi: spółka jako właściciel majątku. To ona pozostaje właścicielem mieszkań, których wartość rynkowa rośnie, nawet gdy lokatorzy nie uzyskują prawa do uczestnictwa w tym wzroście. To ona pozostaje właścicielem budynków po spłacie systemowego finansowania.

Druga odpowiedź prowadzi do kosztów zarządzania. W debacie publicznej wokół TBS Wrocław od dawna podnoszone są zarzuty, że koszty zarządu są wysokie. W materiałach obywatelskich i wystąpieniach mieszkańców pojawiały się stawki rzędu 4,29 zł za m², zestawiane z niższymi poziomami spotykanymi w innych modelach zarządzania.

Tu nie chodzi o akademicki spór o grosze. Jeżeli rzeczywiście struktura zarządcza spółki jest istotnie droższa niż porównywalne modele rynkowe czy wspólnotowe, to powstaje pytanie, czy lokatorzy TBS nie finansują nie tylko mieszkań i finansowania inwestycji, ale również zbyt ciężkiego aparatu administracyjnego.

Wspólnota mieszkaniowa ma przynajmniej teoretyczną możliwość zmiany zarządcy. Właściciele mogą go rozliczać, odwołać, szukać lepszej oferty. Lokator TBS nie ma tej samej swobody. Nie może zwyczajnie zagłosować nogami, bo jest związany partycypacją, najmem, życiowym kosztem wejścia i brakiem alternatywy o porównywalnej stabilności.

I właśnie dlatego pytanie o koszty administracji jest tak ważne. Jeżeli społeczny model mieszkaniowy staje się droższą strukturą utrzymania samego siebie niż mechanizmem stabilizowania rodzin, to znaczy, że cel został wyparty przez aparat.

Podatek od najmu. Czy lokator finansował coś więcej niż mieszkanie?

Jeszcze bardziej drażliwy jest wątek wydatków spółki niemających bezpośredniego związku z podstawową misją mieszkaniową. W przestrzeni publicznej opisywano już sponsoring sportowy realizowany przez TBS Wrocław, w tym wsparcie dla koszykarskiego Śląska Wrocław. Sam fakt takich wydatków był przedmiotem sporów, pytań mieszkańców i zainteresowania mediów.

Tu problem nie sprowadza się do samej wysokości kwot, choć te oczywiście mają znaczenie. Problem jest głębszy. Jeżeli publiczna spółka mieszkaniowa, finansowana w modelu opartym na czynszach lokatorów i publicznym zapleczu organizacyjnym, kieruje środki na cele niemające bezpośredniego związku z mieszkaniem, to lokator ma pełne prawo zapytać, czy w jego czynszu nie ukryto de facto podatku od najmu. Składki na cudze ambicje, promocję, sponsoring, reprezentację, wszystko to, co może być politycznie wygodne albo marketingowo atrakcyjne, ale nie rozwiązuje podstawowego problemu człowieka płacącego za lokal.

To właśnie tutaj system traci moralną obronę. Bo czym innym jest publiczna spółka mieszkaniowa, która tłumaczy brak możliwości uwłaszczenia najemcy koniecznością utrzymania zasobu i troską o społeczną misję, a czym innym spółka, która równocześnie pozwala sobie na wydatki dalekie od tej misji. Wtedy pytanie przestaje dotyczyć tylko czynszu. Dotyczy sensu całej konstrukcji.

Czy TBS istnieje po to, by wzmacniać klasę średnią i młode rodziny, czy po to, by stworzyć stabilny, kosztowny, wygodny system instytucjonalny wokół nich?

Tanie budownictwo społeczne tylko z nazwy?

TBS-y były przez lata przedstawiane jako rozsądny kompromis: budownictwo społeczne, ale nie socjalne; stabilne, ale nie własnościowe; bezpieczne, ale nie nadmiernie kosztowne. To wszystko brzmi dobrze, dopóki nie zada się pytania o końcowy skutek ekonomiczny dla rodziny.

Jeżeli przez kilkadziesiąt lat człowiek płaci czynsz, nie buduje własności, nie uzyskuje udziału we wzroście wartości nieruchomości, nie tworzy kapitału rodzinnego i nie ma realnej ścieżki przejścia do własności, to coraz trudniej mówić o awansie społecznym. To raczej model stabilizacji w roli poprawnego, terminowego, ale wiecznego najemcy. Publikowane przez TBS Wrocław i miasto średnie stawki czynszu pokazują, że nie mówimy o symbolicznym obciążeniu, lecz o trwałym i znaczącym wydatku domowym.

Oczywiście ktoś może powiedzieć, że nie każdy musi być właścicielem. To prawda. Tylko że tu nie chodzi o ideologiczną pochwałę własności. Tu chodzi o nierówne traktowanie dwóch grup korzystających z publicznych modeli mieszkaniowych. Jedni mogą przejść do właścicielstwa z ogromnym wsparciem. Drudzy, mimo własnego wkładu i wieloletniego finansowania systemu, nie mają takiej szansy w ogóle.

W polskich realiach mieszkanie jest podstawowym nośnikiem bezpieczeństwa ekonomicznego rodziny. Jeśli jeden model publiczny to bezpieczeństwo buduje, a drugi je ogranicza do stabilności najmu, to nie można uczciwie mówić, że oba służą podobnie rozumianej sprawiedliwości społecznej.

Co miasto mogłoby zrobić, gdyby naprawdę chciało

Najłatwiejsza odpowiedź brzmi: takie są przepisy. To wygodne, bo zdejmuje odpowiedzialność z polityków i zrzuca ją na ustawę. Ale to odpowiedź zbyt łatwa.

Nawet bez wielkiej rewolucji legislacyjnej można zrobić bardzo dużo. Można wprowadzić pełną przejrzystość kosztów, tak aby każdy lokator wiedział dokładnie, jaka część czynszu idzie na utrzymanie budynku, jaka na finansowanie inwestycji, jaka na administrację, a jaka na wydatki poboczne. Można zrezygnować z wszelkiego finansowania celów niemających ścisłego związku z misją mieszkaniową. Można przygotować model preferencji dla długoletnich, rzetelnych najemców, w którym realny wkład partycypacyjny i długoletni udział w finansowaniu systemu byłyby uznawane za argument do stworzenia ograniczonej, uczciwej ścieżki dojścia do własności. Można wreszcie zacząć politycznie naciskać na zmianę prawa krajowego, zamiast zasłaniać się nim jak murem.

Brak działania nie jest tutaj neutralnością. Brak działania jest decyzją polityczną. Decyzją o utrzymaniu systemu, który dla jednej grupy jest drogą do kapitału, a dla drugiej drogą do wieloletniego finansowania cudzego majątku.

To nie jest tylko problem lokatorów TBS

Byłoby błędem uznać, że to wyłącznie spór jednej grupy lokatorów z jedną spółką miejską. W rzeczywistości chodzi o dużo więcej. Chodzi o model państwa i samorządu wobec ludzi, którzy są za biedni na pełną samodzielność rynkową, ale za ambitni, za aktywni i za odpowiedzialni, by kwalifikować się do najbardziej osłonowych form pomocy.

To właśnie ta grupa najłatwiej wpada dziś w pułapkę. Nie dostaje prezentu. Nie dostaje pełnej własności. Nie otrzymuje realnego udziału w tym, co współfinansuje. Ma być wystarczająco wypłacalna, by wnieść partycypację i płacić czynsz, ale niewystarczająco uprzywilejowana, by przekuć ten wysiłek w budowę kapitału rodzinnego.

To dlatego spór o TBS jest tak ważny. On pokazuje, w jaki sposób państwo i samorząd traktują klasę średnią niższą i młode rodziny. Czy jako podmiot, który należy wzmacniać, czy jako trwałe źródło finansowania systemu.

Wyrok, którego nie da się już obejść

Wrocław nie stworzył jednej polityki mieszkaniowej. Stworzył dwie. Jedną dla tych, których uwłaszcza. Drugą dla tych, których trzyma na czynszu.

Jedni mogą po latach przejąć mieszkanie za ułamek wartości. Drudzy wpłacają własne pieniądze na wejściu, przez lata spłacają system czynszem i nie dostają nawet realnej rozmowy o dojściu do własności. Jedni wychodzą z publicznego modelu z aktywem. Drudzy z pokwitowaniem.

To nie jest drobna niespójność. To nie jest techniczna różnica systemów. To jest administracyjnie uporządkowana nierówność.

Wrocław nie stworzył jednej polityki mieszkaniowej. Stworzył mechanizm selekcji majątkowej. Jednym pozwala wyjść z publicznego systemu z mieszkaniem, które staje się kapitałem rodziny. Drugich zatrzymuje w modelu, w którym własne pieniądze, wieloletni czynsz i codzienna lojalność wobec systemu nie przekładają się na żadne prawo do własności. To nie jest neutralna różnica między dwoma formami najmu. To decyzja o tym, kto będzie dziedziczył kapitał, a kto tylko koszty. I właśnie dlatego spór o TBS nie jest sporem technicznym. Jest sporem o elementarną uczciwość państwa i miasta wobec ludzi, którzy zaufali ich obietnicy stabilizacji.

Jeżeli miasto naprawdę chce mówić o solidarności, odpowiedzialności i społecznej funkcji mieszkalnictwa, powinno najpierw odpowiedzieć na jedno zasadnicze pytanie: dlaczego człowiek, który wpłacił własne pieniądze, przez lata płacił wysoki czynsz i współfinansował publiczny system, ma na końcu pozostać jedynie najemcą, podczas gdy ktoś inny może przejąć lokal za 7 procent jego wartości?

Bo to już nie jest spór o konstrukcję ustawy. To jest spór o uczciwość.

Grzegorz Prigan, adwokat i menedżer

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Świadczenia, emerytury, podatki, zmiany przepisów, newsy gospodarcze... To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik Radzi. Chcesz się dowiedzieć, kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? A może jakie ulgi można odliczyć od podatku? Kto może otrzymać środki w ramach renty wdowiej? Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj