Miejski basen, ale ulga nie dla mieszkańca
Pierwszy przykład to Pływalnia Orbita. Oficjalny cennik jest prosty. Bilet normalny na 70 minut kosztuje 31 zł od poniedziałku do piątku do 15:00 oraz 34 zł po 15:00 i w weekend. Bilet ulgowy kosztuje odpowiednio 26 zł i 27 zł, a Karta Rodzina Plus daje 50 proc. zniżki.
Nie ma jednak prostego modelu pod tytułem: jesteś wrocławianinem, płacisz tu podatki, więc korzystasz taniej. Jest zwykły cennik. Miejski, ale zwykły.
I wtedy zaczyna się najciekawsze. Ten sam mieszkaniec może kupić prywatną kartę benefitową za około 99 zł za 10 wejść i zejść do poziomu około 9,90 zł za wejście. Innymi słowy, żeby korzystać znacznie taniej z miejskiego basenu, nie wystarczy być mieszkańcem Wrocławia. Trzeba najpierw zapłacić prywatnej spółce, która przecież nie działa charytatywnie.
Efekt jest absurdalny: lepszy efekt cenowy daje prywatny pośrednik niż własne miasto własnemu podatnikowi. To nie jest polityka sportowa. To jest outsourcing ulgi do prywatnego operatora.
Korty miejskie z cenami jak z rynku
Drugi przykład to miejskie korty tenisowe Spartan. Na Pułtuskiej letni cennik wynosi 60 zł rano, 50 zł w środku dnia, 73 zł po 16:00 i 60 zł w weekend. Na Lubińskiej jest trochę taniej: 50 zł rano, 40 zł w środku dnia, 65 zł po 16:00 i 50 zł w weekend.
Jeszcze ciekawiej robi się zimą. Na Spiskiej hala dochodzi do 140 zł rano, 110 zł do 16:00 i 170 zł po 16:00. Tak, 170 zł za godzinę kortu. Na Lubińskiej jest to 95 zł do 16:00 i 130 zł po 16:00.
To są ceny rynkowe. Tyle że w miejskim opakowaniu. I znowu nie widać prostego modelu: mieszkaniec korzysta taniej, bo współfinansuje obiekt. Widać za to inną logikę: wejdź w odpowiedni system, kup odpowiedni produkt, wtedy pojawi się rabat. Przykładowo 15 zł mniej, jeśli masz prywatną kartę.
Na basenie i na korcie mechanizm jest więc identyczny. Miasto nie premiuje wprost relacji miasto-mieszkaniec. Premiowany jest układ: miasto-pośrednik-mieszkaniec.
Aquapark pokazuje cały absurd
Trzecim bohaterem tego spektaklu jest Aquapark Wrocław. To właśnie tutaj widać skalę absurdu najczyściej. Bilet normalny na cały dzień kosztuje 100 zł, bilet dziecięcy na cały dzień dla osób do 18. roku życia z wrocławską legitymacją szkolną lub zaświadczeniem z wrocławskiego przedszkola kosztuje 70 zł, bilet normalny na 2 godziny kosztuje 85 zł, rodzinny na cały dzień 299 zł, a sam basen sportowy kosztuje 56 zł za 80 minut.
Jednocześnie Aquapark oficjalnie honoruje karty partnerskie. W przypadku MultiSportu 2 godziny w strefie rekreacyjnej albo 80 minut na basenie sportowym mogą być bez dopłat. Podobnie działa to przy PZU Sport, FitProfit i wybranych pakietach Medicover Sport.
Czyli obiekt potrafi funkcjonować w modelu, w którym użytkownik wchodzi za ułamek detalicznej ceny albo bez dopłaty. Ale dzieje się to dopiero wtedy, gdy między mieszkańcem a miejską kasą stoi prywatny partner.
I właśnie tu cała narracja o zdrowiu, aktywności i sporcie zaczyna się sypać.
Dlaczego rabat działa przez pośrednika, a nie przez miasto?
Jeśli Aquapark potrafi rozliczać się z prywatnym pośrednikiem za ułamek ceny biletowej, pojawia się pytanie zasadnicze: dlaczego miasto nie zaoferuje Wrocławskiego Karnetu Sportowego?
Jedna opłata ryczałtowa, na przykład 150 zł miesięcznie, płacona bezpośrednio do miejskiego systemu, mogłaby dawać dostęp do Orbity, Aquaparku i wybranych innych obiektów sportowych. Bez pośredników, bez marż zewnętrznych firm, z pełnym przychodem zostającym w miejskim systemie.
Dlaczego system, który opłaca się przy udziale prywatnego agenta, nagle miałby się nie opłacać, gdyby służył bezpośrednio mieszkańcom? Tym bardziej że Aquapark już dziś honoruje karty partnerskie, a aplikacja Nasz Wrocław daje jedynie pojedyncze, ograniczone przywileje.
Co więcej, taki system można byłoby rozszerzyć także na wybrane obiekty prywatne, a także zaprosić do współpracy choćby obiekty Wojskowego Klubu Sportowego „Śląsk” czy AWF.
Wrocławski Karnet Sportowy zamiast akrobatyki rabatowej
Wrocławski Karnet Sportowy miałby więcej sensu niż cała obecna gimnastyka z pośrednikami.
Po pierwsze, pieniądz zostawałby w miejskim systemie, a nie odpływał do prywatnego operatora benefitów.
Po drugie, mieszkaniec dostałby prosty i zrozumiały produkt, bez kodów, aplikacji i rabatowej akrobatyki.
Po trzecie, miasto zyskałoby realne narzędzie polityki zdrowotnej, a nie tylko hasła do prezentacji.
Po czwarte, można byłoby wprowadzić wariant rodzinny i dziecięcy, który rzeczywiście wspierałby sport młodych wrocławian.
Dziś system jest zbudowany odwrotnie. Taniej bywa wtedy, gdy po drodze zarobi ktoś trzeci. A to nie jest miejska polityka sportowa, tylko handel rabatem na publicznym majątku. Wspaniała nowoczesność. Szczególnie dla tych, którzy lubią płacić za własne przywileje dwa razy.
Pytanie do ratusza jest bardzo proste
Dlatego pytanie do Jacka Sutryka i miejskich spółek powinno być jedno, bardzo proste i bardzo publiczne: dlaczego mieszkaniec Wrocławia nie może dostać na miejskim basenie, miejskim korcie i miejskim Aquaparku takiego poziomu ceny, jaki uzyskuje użytkownik prywatnego systemu benefitowego?
A drugie, jeszcze mocniejsze, brzmi tak: dlaczego, żeby korzystać taniej z infrastruktury współfinansowanej z moich podatków, mam najpierw zasilić zyskiem prywatnego pośrednika?
Najkrócej: we Wrocławiu bardziej opłaca się mieć właściwą kartę niż po prostu być mieszkańcem. I to jest najlepsze podsumowanie tej polityki sportowej. Nie miejskiej. Cennikowej.
Grzegorz Prigan, adwokat i menedżer