Iwona Piłat*: Przez 25 lat zawsze wyjeżdżaliśmy razem z córkami do rodziny męża i mojej. Córki nawet żartowały, że to święta samochodowe. W ubiegłym roku, no cóż... To były pierwsze
święta bez niego. Wsiadłyśmy z córkami w samochód i pojechałyśmy, jak zwykle. W tym roku postanowiłyśmy jednak zmienić tradycję. To cała rodzina tym razem przyjedzie do Warszawy. Będzie
nam może trochę łatwiej, będziemy czuć, że Jurek jest blisko. Po świątecznym śniadaniu pójdziemy na cmentarz. Będziemy przypominać sobie te wszystkie chwile spędzone razem z nim. To
zawsze wywołuje wzruszenie, łzy, no ale inaczej się już nie da.
Święta to czas, kiedy jesteśmy z rodziną. To naturalne, że wtedy jest jakoś tak trudniej, więcej się o tym myśli. Szczególnie, kiedy spotykam się z jego mamą i widzę jej wielki ból po
stracie syna. Ale tęsknota jest cały czas tak samo ogromna. Nie tylko od święta. Aż trudno opisać te wszystkie uczucia słowami.
Ja wierzę, że my jeszcze kiedyś się spotkamy z Jurkiem, tam, gdzieś po drugiej stronie. Mam nadzieję, że w raju, jakkolwiek on wygląda. Pewnie jeszcze nie teraz...
Od czasu katastrofy mąż mi się właściwie nie śnił tak, żebym widziała całą jego postać. Dopiero pierwszy raz miałam taki sen jakieś półtora miesiąca temu. On był w autokarze pełnym
kobiet. Okazało się, że jadą na wycieczkę. Chciałam pojechać razem z nimi, ale Jurek nie pozwolił. Powiedział, że nie tym razem, że to wyjazd służbowy. Może komuś to się wyda
śmieszne, ale ja to odbieram tak, że on mi powiedział, że jeszcze nie czas na mnie, że jeszcze nie mogę do niego przyjść i razem z nim wyruszyć w podróż. A te kobiety, to po prostu
wszystkie piękne wspomnienia o nim.
Wrócę myślami do tych 25 lat przy jego boku. Do najpiękniejszego czasu w moim życiu. To będzie moja modlitwa.
*Iwona Piłat, wdowa po gen. bryg. pil. Jerzym Piłacie, który zginął 23 stycznia 2008 roku w katastrofie wojskowego samolotu CASA pod Mirosławcem