Lekarze czytali pismo z Narodowego Funduszu Zdrowia, przecierając oczy ze zdumienia. "Wynika z tego, że mamy siedem dni na przekazanie liczby chorych oczekujących z zawałem" - mówi zażenowana pomysłem prof. Maria Witkowska z wrocławskiej kliniki kardiologii.

A zawałowców przecież nie da się policzyć. Bo zawał to atak, który spada na człowieka nagle, jak grom z jasnego nieba. Czego dobrym przykładem jest Rajmund Mysiorek. Zawał dopadł go nagle na działce. "Nigdy nie chorowałem na serce. Jak miałem to przewidzieć?" - oburza się w DZIENNIKU. Życie uratował mu podany natychmiast lek nowej generacji.

Mysiorek miał szczęście, że rozchorował się przed wprowadzeniem w życie idiotyzmów NFZ. Gdy lekarze będą musieli ściśle się ich trzymać, pacjentów spoza kolejki będą odprawiać z kwitkiem. "Może zapiszę od razu wszystkich mieszkańców Wrocławia" - komentuje złośliwie Dariusz Biały ze szpitala klinicznego.

Co na to sprawca całego zamieszania? NFZ tłumaczy mętnie, że lekarze źle interpretują ich zamiary. "Poza tym zawsze można wpisać, że kolejka wynosi zero osób" - rzuca Zdzisław Cepiel z dolnośląskiego NFZ.