"Apteka to nie kawiarnia czy sklep z bułkami. Aptekarze walczą o pieniądze pochodzące z refundacji leków. To ponad 6 mld zł rocznie. Wolny rynek w tej branży stwarza wielkie pole do nadużyć" - wyjaśnia DZIENNIKOWI Piecha. "Dochodzi do tego, że niektóre apteki dopłacają pacjentom za realizowanie u nich recept" - dodaje.
Sposobem na nadmiar aptek ma być zapis ograniczający ich liczbę ze względu na liczbę mieszkańców. I tak jedna apteka ma przypadać na cztery tysiące osób. Jeśli np. w Stargardzie Szczecińskim mieszka 70 tys. osób, to wedle ministerstwa powinno tam być 17 aptek. Dziś, jest o siedem więcej.
Monika Łyko, która od 10 lat prowadzi w tym mieście aptekę, cieszy się z pomysłu. "Farmacueci będą lepiej prosperowali, a apteki będą lepiej zaopatrzone" -
argumentuje.
Zupełnie nie przekonuje to pacjentów. "To dobrze, że jest dużo miejsc, gdzie można kupić leki" - uważa stargardzianka Halina Grab. Szczególnie ważne
jest to dla ludzi starszych, bo nie muszą jeździć na drugi koniec miasta.
Ale nie wszyscy podchodzą z takim entuzjazmem do tego pomysłu. Olga mieszka w niewielkiej wsi na Lubelszczyźnie. Jest studentką piątego roku farmacji. Uważa, że wprowadzenie przepisu zamknie wielu młodym ludziom drogę do otwarcia własnego biznesu.
Resort zdrowia chce, by nowe przepisy weszły w życie od przyszłego roku. Urzędnicy zarzekają się, że prawo wstecz działać nie będzie i nikt apteki nie straci. Po prostu trudniej będzie otworzyć nową.