Niespełna trzy tygodnie temu, w lesie pod niemieckim Cottbus, spotkało się prawie 200 osób, zrzeszonych w klubach motocyklowych Bandidos i Hells Angels. Zwykłemu człowiekowi kojarzą się one z wizerunkiem harleyowca – grubi, łysi faceci, z brodami i tatuażami, ubrani w skórzane kamizelki, jeżdżący na wielkich ryczących motorach, zazwyczaj marki Harley-Davidson.
Oni jednak nie spotkali się, aby podziwiać swoje maszyny, ale żeby się bić, czyli na tzw. ustawce. Bitwa mogła mieć zdaniem policji poważniejszy podtekst: gangi motocyklowe podejrzewane są o handel narkotykami, rozboje, ściąganie haraczy i nielegalne posiadanie broni. "Niektórzy z nich złamali zmowę milczenia i zeznali, że gra idzie o wpływy z handlu prochami" – opowiada informator DZIENNIKA. Zaczęli sypać i wskazali swoich nowych wspólników: motocyklistów z Polski.
Dlatego właśnie niemiecka policja zwróciła się o pomoc do swoich polskich kolegów. Komenda Główna rozesłała już do wydziałów kryminalnych w miastach wojewódzkich pytania o gangi motocyklowe. "Sprawa nie będzie łatwa, bo to zamknięte, hermetyczne środowiska. Umieszczenie tam agenta graniczy z cudem i wymaga lat pracy, a nie tygodnia" – mówi policjant zajmujący się rozpracowaniem gangów.