"Wierzył pan, że będzie jeszcze kiedyś ze mną rozmawiał, kiedy szukali mnie trzeci dzień? Bo jeśli nie, to jestem przykładem, że cuda się zdarzają" - mówi DZIENNIKOWI Zbigniew Nowak, górnik, którego uratowano w "Halembie" w lutym tego roku.
Sławomir Cichy: Pan już to przeżył. W lutym tego roku był pan uwięziony przez 111 godzin na tym samym poziomie, na którym we wtorek doszło do wybuchu. Ale
nie chciał pan zaraz po informacji o tragedii w Halembie rozmawiać z dziennikarzami. Dlaczego?
Zbigniew Nowak: Byłem akurat u sąsiada. I nagle pojawił się pasek na dole ekranu telewizora z informacją, że był na Halembie wybuch. To tak, jakby mi w serce ktoś sztylet wbił. A potem kolejna informacja, że to wydarzyło się na tym samym poziomie, gdzie ja czekałem na pomoc. Proszę się więc nie dziwić, że wolałem być sam.
Wróciły wspomnienia?
Trudno to nazwać wspomnieniami. To raczej jak transmisja. Przeżywanie od nowa każdej godziny. No i szereg telefonów z jednym pytaniem – co pan czuł... To tak, jakby zapytać, czy rozległa rana nadal boli. Ja tymczasem czułem przerażenie, załamanie i niedowierzanie zarazem, że znowu ktoś poszedł na ten poziom. Że wszystko zaczyna się od nowa. W takiej chwili nie chce się rozmawiać.
Mówi pan, że górnicy poszli 1030 metrów pod ziemię, tak jakby sami o tym decydowali. A przecież oni dostali polecenie służbowe. Ktoś uznał, że tam jest już bezpiecznie.
Ja się na tym nie znam. Jestem prostym metaniarzem. Jak stężenie metanu dochodzi do dwóch procent, to wiem, że trzeba ludzi wycofać. Dlaczego poleźli demontować maszyny, nie wiem, ale to pytanie do kopalni.
Co chciałby pan powiedzieć żonom górników, które czekają przed bramą?
A cóż ja mogę powiedzieć. O nadziei, o wierze, o tym, że warto czekać? Pytałem swojej żony, jak reagowała na pocieszenia, kiedy byłem na dole. Powiedziała mi, że nic do niej nie docierało. Jakby jednym uchem wlatywało, a drugim wylatywało. Bo ona czekała tylko na jedną informację. Że mnie znaleziono i żyję.
Po co pan pobiegł we wtorek do kopalni? Przecież nie mógł pan nikomu tam na miejscu pomóc.
To jest silniejsze ode mnie. Człowiek nie może wytrzymać w domu. Chce być z kolegami. Dlatego przyjechało na Halembę wielu górników z innych kopalń. Bo jak jest nieszczęście, to staramy się być razem. To taka zawodowa solidarność i poczucie wspólnoty. Kto nigdy nie zjechał na dół, nie przeszedł chodnikami, ten nie zrozumie.
A wierzy pan w ocalenie tych piętnastu ludzi?
A wierzył pan, że będzie jeszcze kiedyś ze mną rozmawiał, kiedy szukali mnie trzeci dzień? Ale tak z ręką na sercu? Bo jeśli nie, to jestem przykładem, że cuda się zdarzają. A jeśli tak, to tym bardziej uwierzy pan, że oni wyjadą na górę i przywitają się z żonami. Wezmą na ręce dzieci, tak jak dziś ja córkę Laurę. Zbigniew Nowak w lutym po 111 godzinach akcji ratowniczej został uratowany z poziomu 506. Tego samego, na którym doszło we wtorek do wypadku
Zbigniew Nowak: Byłem akurat u sąsiada. I nagle pojawił się pasek na dole ekranu telewizora z informacją, że był na Halembie wybuch. To tak, jakby mi w serce ktoś sztylet wbił. A potem kolejna informacja, że to wydarzyło się na tym samym poziomie, gdzie ja czekałem na pomoc. Proszę się więc nie dziwić, że wolałem być sam.
Wróciły wspomnienia?
Trudno to nazwać wspomnieniami. To raczej jak transmisja. Przeżywanie od nowa każdej godziny. No i szereg telefonów z jednym pytaniem – co pan czuł... To tak, jakby zapytać, czy rozległa rana nadal boli. Ja tymczasem czułem przerażenie, załamanie i niedowierzanie zarazem, że znowu ktoś poszedł na ten poziom. Że wszystko zaczyna się od nowa. W takiej chwili nie chce się rozmawiać.
Mówi pan, że górnicy poszli 1030 metrów pod ziemię, tak jakby sami o tym decydowali. A przecież oni dostali polecenie służbowe. Ktoś uznał, że tam jest już bezpiecznie.
Ja się na tym nie znam. Jestem prostym metaniarzem. Jak stężenie metanu dochodzi do dwóch procent, to wiem, że trzeba ludzi wycofać. Dlaczego poleźli demontować maszyny, nie wiem, ale to pytanie do kopalni.
Co chciałby pan powiedzieć żonom górników, które czekają przed bramą?
A cóż ja mogę powiedzieć. O nadziei, o wierze, o tym, że warto czekać? Pytałem swojej żony, jak reagowała na pocieszenia, kiedy byłem na dole. Powiedziała mi, że nic do niej nie docierało. Jakby jednym uchem wlatywało, a drugim wylatywało. Bo ona czekała tylko na jedną informację. Że mnie znaleziono i żyję.
Po co pan pobiegł we wtorek do kopalni? Przecież nie mógł pan nikomu tam na miejscu pomóc.
To jest silniejsze ode mnie. Człowiek nie może wytrzymać w domu. Chce być z kolegami. Dlatego przyjechało na Halembę wielu górników z innych kopalń. Bo jak jest nieszczęście, to staramy się być razem. To taka zawodowa solidarność i poczucie wspólnoty. Kto nigdy nie zjechał na dół, nie przeszedł chodnikami, ten nie zrozumie.
A wierzy pan w ocalenie tych piętnastu ludzi?
A wierzył pan, że będzie jeszcze kiedyś ze mną rozmawiał, kiedy szukali mnie trzeci dzień? Ale tak z ręką na sercu? Bo jeśli nie, to jestem przykładem, że cuda się zdarzają. A jeśli tak, to tym bardziej uwierzy pan, że oni wyjadą na górę i przywitają się z żonami. Wezmą na ręce dzieci, tak jak dziś ja córkę Laurę. Zbigniew Nowak w lutym po 111 godzinach akcji ratowniczej został uratowany z poziomu 506. Tego samego, na którym doszło we wtorek do wypadku
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|