"Powodów tego, co się wydarzyło w Rudzie Śląskiej, jest wiele. Ale najważniejszy to brak przepisów, które jasno odpowiadałyby na pytanie, komu wolno zjechać na dół" - mówi Dominik Kolorz, szef górniczej "Solidarności". Brakuje zasad, więc od lat pod ziemię zjeżdżają pracownicy firm zewnętrznych, którzy ryzykują życie nawet za 600-800 zł miesięcznie. Wielu z nich to emeryci, fachowcami byli kiedyś, ale dziś - ze względu na wiek - nie radzą sobie w kopalni. Firmy krzaki zatrudniają ich chętnie, bo nie muszą płacić składek na ZUS. Pod ziemię wysyła się też ludzi młodych, bez przygotowania.
Katarzyna Rutkowska, której ubiegłotygodniowy wybuch metanu zabrał partnera i ojca czteroletniego syna - Mariusza Miłkowskiego - twierdzi, że szkolenie trwało zaledwie kilka godzin. "Firma Mard zorganizowała im kurs od godziny 7 do 14, a następnego dnia zjechali na dół" - mówi.
Miłkowski to nie jedyny taki przypadek. Jego terminujący w zawodzie koledzy - 21-letni Daniel Kindla czy Przemek Jóźwiak nie mogli wiedzieć, jak radzić sobie 1030 m pod ziemią, w temperaturze ponad 30 st. C. "To tak, jakby tuż po kursie prawa jazdy wysłać kierowcę na tor Formuły 1" - tłumaczy górnik z wieloletnim stażem.
Na tak skandalicznych zasadach mogą pracować tylko robotnicy z firm zewnętrznych. Jeśli górnik zatrudniony w kopalni nie zaliczy specjalistycznego kursu i egzaminu BHP organizowanego przez Wyższy Urząd Górniczy albo Okręgową Stację Ratownictwa Górniczego, nie może zjechać na dół. Pracownicy prywatnych przedsiębiorstw w wielu przypadkach przechodzą jedynie kurs podstawowy BHP. Taki sam jak pracownik biurowy.
"Firma wychodzi z prostego założenia: nie będzie ten, znajdzie się inny. Wystarczy pójść na rynek i zagwizdać. Zaraz jest dziesięciu chętnych do zjazdu" - mówi górnik z kopalni Bielszowice.