Każda żona policjanta jest zawsze gotowa na najgorsze. Katarzyna Twardo też była. Ale nie była przygotowana na to, że jej mąż zginie, bo ktoś spóźni się na pociąg i wykorzysta go jak szofera - pisze "Fakt".
"On zginął przez głupotę ważniaka z ministerstwa i z tym nie mogę się pogodzić" - mówi Katarzyna Twardo, żona sierżanta Tomasza Twardo, który
zginął w wypadku pod Siedlcami. "Nie zostawię tak tej sprawy. Winni śmierci niewinnych ludzi zawsze muszą ponieść karę".
Kobieta zamierza skierować sprawę do sądu. Nie chce odszkodowania za śmierć męża od policji, tylko od Tomasza Serafina, dyrektora z Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji, który kazał się zawieźć do swojego mieszkania w Siedlcach. Gdyby nie to żądanie dyrektora, mąż pani Katarzyny wciąż by żył i nadal pełnił wzorową służbę na Dworcu Centralnym w Warszawie.
"Dlatego zwracam się do adwokatów, by któryś pomógł mi zająć się tą sprawą. Nie pracuję i nie mam pieniędzy na to, by toczyć tę walkę samotnie" - przyznaje "Faktowi" Katarzyna Twardo.
Kobieta zamierza skierować sprawę do sądu. Nie chce odszkodowania za śmierć męża od policji, tylko od Tomasza Serafina, dyrektora z Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji, który kazał się zawieźć do swojego mieszkania w Siedlcach. Gdyby nie to żądanie dyrektora, mąż pani Katarzyny wciąż by żył i nadal pełnił wzorową służbę na Dworcu Centralnym w Warszawie.
"Dlatego zwracam się do adwokatów, by któryś pomógł mi zająć się tą sprawą. Nie pracuję i nie mam pieniędzy na to, by toczyć tę walkę samotnie" - przyznaje "Faktowi" Katarzyna Twardo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|