Stołeczni policjanci z wydziału do walki z przestępczością gospodarczą i korupcją deptali przestępcom po piętach od 2003 roku. Ale - jak twierdzą - nie mieli łatwego zadania, bo gang
był bardzo dobrze zorganizowany, a oszustwa, których dokonywał, chytrze przemyślane. Złodzieje zakładali wiele spółek, by zmylić trop policji. Część z nich była zarejestrowana za
granicą, a prezesami tych firm byli obcokrajowcy - Białorusini i Rumuni.
Mechanizm oszustwa był prosty. Ofiara dostawała informację od nieznanej firmy, że wygrała w tajemniczym konkursie atrakcyjną wycieczkę albo dużo pieniędzy. Musiała tylko zadzwonić pod
wskazany numer infolinii. Tam automatyczna sekretarka przetrzymywała "szczęśliwca" przez kilkanaście minut. Problem w tym, że każda minuta kosztowała dzwoniącego nawet 10
zł.
Ale na tym oszuści nie poprzestawali. Żeby wyłudzić jak najwięcej pieniędzy, ofiarom kazali jeszcze płacić - tyle że już na poczcie, przy odbiorze paczki z rzekomą nagrodą. Ludzie musieli
wpłacać od 70 do 109 zł. I to tylko po to, by dostać bezwartościowy upominek.
Szajka wpadła wczoraj. Na razie zatrzymano 14 osób. W przypadku sześciu osób prokuratura już wystąpiła do sądu o areszt. Policja twierdzi, że sprawa jest "rozwojowa".
Można się więc spodziewać kolejnych zatrzymań.