Dziennik Gazeta Prawana logo

Armatorzy wolą truć Bałtyk niż zostawiać ścieki w portach

13 października 2007, 15:43
Ten tekst przeczytasz w 4 minuty
Bałtyk zamienia się w zbiornik fekaliów. "Zanieczyszczenia nie przypływają tylko rzekami. Prosto do morza wyrzucają je promy pasażerskie" - piszą eksperci z międzynarodowej organizacji ekologicznej WWF w najnowszym raporcie, który publikuje DZIENNIK. "Działamy zgodnie z prawem" - odpowiadają armatorzy i dalej robią swoje.

WWF zwróciła się do firm obsługujących połączenia promowe na Morzu Bałtyckim z apelem, aby przestały odprowadzać ścieki do morza i zaczęły transportować je do portów lub oczyszczać na pokładzie. Przesłała do 50 firm z sześciu krajów nadbałtyckich list z propozycją podpisania stosownego zobowiązania. Odpowiedziało zaledwie dziewięć z nich, ale żadna z Polski.

Obecne prawo morskie pozwala statkom zrzucać ścieki do wody, pod warunkiem, że odpłynęły od brzegu na odległości minimum 12 mil morskich (ponad 22 km). Przepisy, które reguluje konwencja MARPOL z 1978 r., dotyczą wszystkich mórz i oceanów na świecie, jednak dla Bałtyku są wyjątkowo niekorzystne.

Inne duże zbiorniki mają dość dobrą wymianę wód, Morze Bałtyckie nie ma jej prawie wcale. "To, co do niego wrzucimy, praktycznie w nim zostaje" - tłumaczy Paweł Średziński z WWF Polska. "Wymiana wód przez cieśniny duńskie jest znikoma, a stężenie zanieczyszczeń coraz większe. Za kilkanaście lat zamiast Morza Bałtyckiego możemy mieć Morze Martwe".

Martwe, bo wizja WWF jest porażająca. Teraz rocznie po Bałtyku podróżuje kilkadziesiąt milionów pasażerów. Każdy z nich dziennie produkuje około 190 litrów nieczystości. Jeśli armator spuszcza je do wody, to można sobie wyobrazić, ile szamba trafia do morza.

"Tymczasem z badań fińskiej firmy eksperckiej VTT wynika, że do 2020 r. ruch pasażerski na Bałtyku wzrośnie o 60 proc." - mówi Średziński. Dla przykładu: polskie linie pasażerskie Unity Line co roku przewożą 250 tys. pasażerów i 150 tys. kierowców ciężarówek. Łatwo obliczyć, że produkują oni około 76 mln litrów brudów rocznie. Wszystko to ląduje w Bałtyku, bo polscy armatorzy nie kwapią się do zrzucania ścieków w portach.

"Żaden z przewoźników obsługujących linie promowe z Polski nie chciał się do tego zobowiązać. W odpowiedzi na nasz apel przedstawiciel Unity Line napisał, że firma <nie jest zainteresowana taką ofertą>. Nie chciał też udzielić informacji, co dzieje się z nieczystościami pochodzącymi ze statków tego armatora" - twierdzi WWF.

Z kolei Polferries, największy polski przewoźnik promowy na Bałtyku, odpowiedział DZIENNIKOWI, że spośród czterech jednostek wykorzystywanych do przewozów pasażersko-samochodowych, jedna z nich, prom "Pomerania", posiada bioblok, który pozwala na oczyszczenie ścieków na pokładzie. Pozostałe trzy zrzucają je do morza.

"Dla naszej firmy ochrona środowiska jest niezwykle ważna" - żarliwie podkreśla Włodzimierz Miądowicz, dyrektor ds. technicznych Polferries. "Od lat stosujemy surowe normy określone w konwencji MARPOL" - tłumaczy. Jednak po chwili przyznaje: "Tak, wszystkie nasze promy zrzucają ścieki do morza. Nie korzystamy z możliwości zostawienia przynajmniej części fekaliów w porcie w ramach opłaty tonażowej, ale przecież wszystko robimy zgodnie z prawem".

Armator, tłumacząc się WWF, winą za ten stan rzeczy obciąża zarządy polskich portów, które - w opinii tego przewoźnika - "pobierają wygórowane opłaty" za usuwanie brudów z pokładów promów. Rzeczywiście, zrzucenie jednego metra sześciennego fekaliów kosztuje 25 zł. Problem w tym, że firma przynajmniej 1/3 nieczystości ze swoich statków mogłaby bezpłatnie zostawiać w portach. Taką objętość promy mają wliczoną w opłatę tonażową, którą i tak muszą zapłacić za przybicie do brzegu. Mimo to żaden z nich tej szansy nie wykorzystuje.

Dlaczego? "Ze zwykłego lenistwa" - mówi Katarzyna Hlebowicz, kierownik działu ochrony środowiska w Porcie Gdynia. "Bo zrzucenie ścieków w porcie zabiera czas: trzeba podłączyć i odłączyć pompy. Może to trwać nawet kilka godzin, a skoro mogą zrzucić ścieki na morzu, bez czekania, robią to".

Jednak niektórym firmom ekologia się opłaca. Skandynawska firma Stena Line, której trzy promy pływają na trasie Gdynia - Karskrona, wszystkie nieczystości zostawia w portach. "Tu nie chodzi o opłacalność liczoną tylko w pieniądzach. Jesteśmy na rynku od 45 lat i chcemy pływać po Bałtyku jak najdłużej. Inwestycja w ochronę środowiska na pewno się opłaca, ponieważ wykorzystujemy jego zasoby, a morze jest podstawą naszej działalności" - mówi Agnieszka Zembrzycka ze Stena Line Polska.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj