Prokurator przekonywał, że Robert B. nie dość, że wykorzystał dziewczynkę seksualnie, to jeszcze doskonale wiedział, co robi, zabijając ją i paląc jej zwłoki. Jednak według sądu 29-latek zabił dziecko... przypadkiem. Stąd tak niski wyrok.
Ola zaginęła w czerwcu 2002 r. w miejscowości Biadaszki w Łódzkiem. Przez kilka dni szukało jej kilkuset policjantów i strażaków oraz mieszkańcy okolicznych wsi. Jednak ciała nie znaleźli.
Niemal rok po jej zaginięciu policja zatrzymała mieszkańca Biadaszek Roberta B., znajomego rodziców dziecka. Zatrzasnęli kajdanki na jego rękach, bo nie zdał testu na wykrywaczu
kłamstw.
Podczas wizji lokalnej mężczyzna wskazał miejsce, w którym początkowo ukrywał ciało dziewczynki. Znaleziono tam ludzkie włosy z fragmentem skóry i spinkę Oli. Badania DNA potwierdziły, że
były to włosy dziewczynki. Według prokuratury mężczyzna udusił dziecko i zakopał ciało na polu. Później spalił je w kotle.
Podczas śledztwa 29-latek wielokrotnie zmieniał zeznania. Raz przyznawał się do zabójstwa, innym razem twierdził, że dziewczynka zginęła przypadkowo, gdy zrzucił na nią w stodole worek z paszą. Potem mówił, że niechcący uderzył dziecko widłami. Przed sądem utrzymywał natomiast, że przyznanie się do morderstwa wymusili na nim policjanci.
29-latek stanął przed sądem już trzeci raz. W pierwszym procesie też został skazany na siedem lat. Po apelacji dostał 25 lat więzienia za zabójstwo. Po odwołaniu obrońcy sąd apelacyjny uchylił także i ten wyrok.