Wiktor Bater był wówczas dziennikarzem współpracującym ze stacją Polsat. Wraz z innymi przedstawicielami mediów oczekiwał w Smoleńsku przyjazdu delegacji. To on był tym pierwszym, który poinformował o tym, co się tam stało.
Tak Wiktor Bater dowiedział się o katastrofie
O godzinie 8.45 otrzymał telefon od dyplomaty z MSZ. Wiktor, jeżeli czekasz na prezydenta, to się nie doczekasz. Samolot miał jakąś awarię, coś się stało, ale o nic mnie nie pytaj. Oddzwonię - te słowa usłyszał w słuchawce. Był przekonany, jak mówił w rozmowie z Wirtualną Polską, że chodzi o awarię na Okęciu.
Wiktor Bater od razu podjął próby dotarcia do większej ilości informacji. Podszedłem do pani konsul z ambasady w Moskwie. Była zszokowana moimi informacjami. Poleciła, bym zadzwonił do jednego z dyplomatów, którzy są w Smoleńsku na lotnisku. Zrobiłem to przy niej - wspominał dziennikarz.
Wiktor Bater usłyszał "tylko krzyki, przekleństwa"
Gdy odebrał, usłyszałem tylko krzyki, przekleństwa. Ten mężczyzna biegł i krzyczał: nie dzwoń do mnie! Wtedy byłem już pewien, że stało się coś nieodwracalnego. Tak wytrawny dyplomata nie zachowywałby się w ten sposób, gdyby chodziło o zwykłą awarię. W tym czasie moja koleżanka rozmawiała z funkcjonariuszami BOR. Nagle jeden z nich odebrał telefon, odsunął ją na bok. Wszyscy oficerowie się zebrali i pobiegli do samochodu. Jeden z nich pokazał dziennikarce Reutersa kciuk skierowany w dół - opowiadała Bater.
Przerażające słowa dyplomaty
Od dyplomaty, z którym rozmawiał wcześniej usłyszał przerażające słowa: "Wiktor, nie ma co zbierać. Samolot się rozbił". Gdy wraz z innymi dziennikarzami ruszył w stronę lotniska, rosyjskie służby w agresywny sposób próbowały uniemożliwić im dotarcie na miejsce.
Podjechaliśmy do bramy lotniska. To obiekt wojskowy i nie można wjechać bez zezwolenia. Akurat od strony pasa startowego nadjeżdżał sznur karetek pogotowia. Poczekaliśmy, aż wyjadą i szybko przejechałem przez otwarty szlaban. Mój operator wtedy powiedział: "Jadą bez sygnałów, to oznacza, że nie ma akcji ratunkowej, że wszyscy zginęli". Wjechaliśmy na wojskowy teren i dojechaliśmy do miejsca, gdzie kończy się droga, a 50 m dalej jest pas startowy - wspominał Bater.
Tak Bater wspominał widok miejsca katastrofy
W dotarciu na lotnisku pomógł mu jeden z funkcjonariuszy FSB. Wspominał, że nie dotarli do samego wraku, ale przez suche konary drzew było widać szczątki samolotu i unoszący się dym. Kilka godzin później przybył tam Jarosław Kaczyński. Bater wspominał, że prezes PiS wyglądał jakby był pod wpływem silnych leków. Dziennikarzy poproszono, by nie zadawali mu żadnych pytań.
Nie mogliśmy tego obserwować, cały teren był obstawiony. Panował chaos. Widzieliśmy tylko okolicznych mieszkańców, którzy zapalali znicze, przynosili kwiaty. Oferowali pomoc i noclegi dla Polaków - opowiadał dziennikarz. Wiktor Bater zmarł 10 lat po katastrofie smoleńskiej. Odszedł nagle 1 kwietnia. Miał 53 lata.