Czy Maciej Polakowski, polityk partii Polska Jest Najważniejsza, więził pracowników i znęcał się nad nimi? Tak twierdzą Wietnamczycy, którzy uciekli z jego fabryki - donosi "Gazeta Wyborcza".

Reklama

Niedoszły poseł z Bydgoszczy zatrudnił w swojej firmie odzieżowej Mat-Pol 14 osób z Wietnamu. Pierwsza grupa przyjechała w październiku 2011 roku.

W samochodzie szef wziął paszporty, mówił, że to niezbędne do załatwienia formalności - opowiada "Gazecie Wyborczej" 24-letnia Hoa. - Odebrał telefony komórkowe, obiecał, że włoży polskie karty. Nie oddał. W fabryce nasz pokój był duży, każdy miał łóżko. Była łazienka. W trakcie pracy nie mogłam iść do toalety, kiedy potrzebowałam. Raz koleżanka zasłabła, szef nie pozwolił jej odejść od maszyny. Dał wódki, powiedział, że to podniesie ciśnienie, kazał pracować. Nie chciała pić, ale musiała - relacjonuje dziewczyna.

Inna dziewczyna miała silne krwawienie, nie mogła odpocząć. Przerwa była jedna w ciągu dnia, podczas niej musieliśmy się spieszyć, by ugotować ryż z olejem i szybko zjeść. Szef przynosił zakupy raz w tygodniu, dokładnie wyliczaliśmy porcje, żeby starczyło. Jedliśmy raz dziennie, część jedzenia śmierdziała ze starości - wylicza 24-letnia Hoa.

Raz było święto, polscy pracownicy mieli wolne, my też chcieliśmy. Szef uderzył kilka razy z całej siły mężczyznę z naszej grupy, wróciliśmy do pracy - dodaje dziewczyna.

W końcu nie wytrzymała. Uciekła z Mat-Polu, przez wietnamską restaurację trafiła do fundacji La Strada. Uciekło również sześcioro innych pracowników. Spuścili się z okna na zawiązanych prześcieradłach.

Mieszkam w schronisku, jestem objęta rządowym programem pomocy ofiarom handlu ludźmi - opowiada dziewczyna.

Maciej Polakowski chętnie odpowiada na zarzuty swoich pracowników z Azji. Jak twierdzi w rozmowie z "Gazetą Wyborczą", nikogo nie uderzył, nikogo nie zmuszał do picia wódki, jedzenie kupował świeże, a pracowników przywiózł do Polski na własny koszt.

Co więcej, polityk PJN twierdzi, że został oszukany. W jego opinii Wietnamczycy niewiele potrafili, on zapewniał im wysokie standardy socjalne, a oni uciekli i jeszcze fałszywie go oskarżają.

Ci ludzie byli traktowani jak niewolnicy - przyznają nieoficjalnie bydgoscy śledczy, który badają tę sprawę. Jednak jak podaje "Gazeta Wyborcza", polityk PJN może nie usłyszeć zarzutów. Zeznania cudzoziemców mogą nie wystarczyć.