W Moskwie nam powiedziano, że trumny zostają zamknięte na zawsze. Że w Polsce nie będzie już szans na ich otwieranie - mówi wdowa.

Niby tam byłam i mogę być w tak zwanej grupie (biorę to w ogromny cudzysłów) szczęśliwców, którzy mają prawo nosić w sobie przekonanie, że wszystkiego dopilnowali. Że kiedy idę na Powązki - idę na grób męża. A tak naprawdę ostatnio wszystko runęło. (...) Syn Anny Walentynowicz też był przy mamie, też ją rozpoznał. (...) Przecież usłyszeliśmy od prokuratora generalnego, że to rodziny ofiar ponoszą odpowiedzialność za pomyłki, za zamiany ciał… (...) - mówi Joanna Racewicz.

Czy zastanawia się nad ekshumacją męża?

To jest strasznie trudne. Tak naprawdę nie do przeżycia. (...) A z drugiej strony, ja też pewnie kiedyś będę leżeć w tym grobie. I chciałabym mieć pewność, że będę leżeć obok swojego męża, a nie jakiegoś innego człowieka - mówi wdowa w rozmowie z "Wprost".

Nie wiem czy to są plotki, (...), ale słyszę historie, że podczas transportu odpadły z trumien tabliczki z nazwiskami i Rosjanie przybijali jak popadło. (...) Jeden z prokuratorów powiedział mi: jest pani w szczęśliwej sytuacji, bo jest pani jedyną osobą, której mąż został sfotografowany na stole sekcyjnym - dodaje Racewicz.

Wyznaje, że widziała te zdjęcia, ale mówi, że w rosyjskich dokumentach nic się nie zgadza.

Jest na nich mój Janosik… Tylko, że w rosyjskich dokumentach nic się nie zgadza. Ani grupa krwi, ani żadne przebyte choroby. Opisali, że miał otwarte złamania, a nie miał. Że miał rozedmę płuc… Coś z nerkami, coś z wątrobą. A Paweł był wysportowanym mężczyzną, biegał w maratonach. (...) W dokumentach rosyjskich to mężczyzna schorowany o grupie krwi ARh+ (...) - mówi Joanna Racewicz.