Generała Leszka Marca najprawdopodobniej zgubił brak znajomości techniki - tak wynika z pierwszych ustaleń funkcjonariuszy Biura Spraw Wewnętrznych i Biura Kontroli, którzy pojechali do Opola, by prześwietlić kulisy skandalicznej sprawy. Według nich to on sam, przed spotkaniem w swoim gabinecie z podwładną-kochanką, wbił kod “1111#” i tym samym uruchomił urządzenie do przeprowadzania telekonferencji.

- W ten sposób ich rozmowa prywatno-służbowa została zarejestrowana. Do wyjaśnienia pozostaje jeszcze sposób, w jaki wypłynęła na zewnątrz - twierdzi nasz rozmówca z Komendy Głównej Policji. Jednak dostęp do telekonferencji z komendantem wojewódzkim ma cała najwyższa kadra kierownicza policji w województwie, a także pracownicy techniczni, to grupa minimum kilkunastu osób. 

>>> Przeczytaj stenogram rozmowy komendanta z podwładną

Jeśli właśnie ta hipoteza zostanie ostatecznie potwierdzona przez kontrolerów, to może skomplikować sytuację prawną generała. Po tym jak redakcja "Nowej Trybuny Opolskiej" ujawniła opinii publicznej, że otrzymała nagranie z anonimowego źródła, oryginał przekazała prokuraturze.

- Nasze śledztwo dotyczy stosowania środków podsłuchowych w celu uzyskania informacji nieprzeznaczonych dla sprawcy oraz przekazania tych informacji osobom nieuprawnionym - wyjaśniał w miniony piątek Henryk Mrozek, zastępca prokuratora okręgowego w Opolu. Trudno jednak będzie prokuratorom uznać, że generał Marzec był podsłuchiwany, jeśli to on sam uruchomił urządzenie.

Według nieoficjalnych źródeł dziennik.pl, gdy publikacja regionalnej gazety nabierała rozgłosu, generał Marzec rozmawiał ze swoimi przełożonymi. Wyparł się jednak, że taka skandalizująca rozmowa z podwładną miała miejsce. Dostał jednak polecenie, aby jak najszybciej stawił się w centrali policji. Gdy jechał do Warszawy, policjanci z BSW słuchali już nagrania w opolskiej prokuraturze - mówi nasz rozmówca.

Dlatego też jego rozmowa z komendantem głównym Markiem Działoszyńskim była krótka. Został odwołany ze stanowiska komendanta wojewódzkiego, przechodzi na emeryturę. Wobec jego kochanki - naczelniczki jednego z wydziałów w Opolu - zostało wszczęte postępowanie dyscyplinarnie. Podobnie jak wobec jednego z komendantów z Opolszczyzny, który - jak plotkowali - radiowozy miał wykorzystywać do wizyt u przydrożnych prostytutek.