Mateusz Kijowski w rozmowie opublikowanej przez portal wyborcza.pl wyjaśnia, na czym polega sprawa zorganizowanej w sieci publicznej zbiórki pieniędzy dla niego. Przyznaje, że nie rozumie, dlaczego jest za nią krytykowany zarówno przez swych sympatyków, jak i przeciwników. - - mówi Dominice Wielowieyskiej.
Tłumaczy, że pieniądze są mu potrzebne, bo nie udaje mu się znaleźć pracy - jak twierdzi, z powodów politycznych. Wyjaśnia, że o ile pada wiele luźnych propozycji, to finalna oferta nigdy nie nadchodzi. - tłumaczy. Jego zdaniem wynika to z tego, że A tymczasem, jak twierdzi, sytuacja z fakturami z KOD i jego alimentami wygląda zupełnie inaczej, niż przedstawiano w mediach. - mówi.
Zapewnia też, że płaci alimenty na dzieci. Ale od razu zastrzega: , . Tłumaczy też, że sprawa niepłacenia przez niego alimentów została przez prokuraturę umorzona.
Jeśli zaś chodzi o faktury, które miał wystawiać KOD-owi, a które miały być opłacane częściowo z pieniędzy ze zbiórek, Kijowski wyjaśnia, że była to jedyna możliwość jego zatrudnienia, a liderzy KOD-u - wbrew publicznym wypowiedziom - dokładnie znali sprawę. - mówi. Nie wyklucza więc, że wszystko zostało ukartowane. - - podsumowuje.
Tymczasem "Super Express" dotarł do wydatków Mateusza Kijowskiego. Jak pisze tabloid, z 32 tysięcy złotych, uzyskanych dzięki zbiórce publicznej, jedynie 4970 trafiło na konto komornicze. Gazeta przypomina jednak, że to więcej niż dawał do tej pory - Kijowski wpłacał do tej pory 1210 złotych miesięcznie, czyli połowę zasądzonej kwoty.