Dziennik Gazeta Prawana logo

Donosicielstwo istnieje od zawsze. Teraz ludzi zastąpiły smartfony

10 grudnia 2017, 12:32
Ten tekst przeczytasz w 2 minuty
smartfon 1
smartfon 1/Shutterstock
Informacja daje władzę, więc władza żywi się informacją. Nim nadeszła epoka śledzących programów i sztucznych inteligencji, rządzącym musieli wystarczyć ludzie.

Używając smartfona, musimy liczyć się z tym, iż każdą naszą czynność śledzą niewidzialni szpiedzy. Więcej niż trzy na cztery aplikacje na Androida zawierają co najmniej jeden tracker (skrypt śledzący – aut.) innych firm” – alarmował w zeszłym tygodniu „Guardian”, omawiając badania naukowców z Yale University i francuskiej organizacji Exodus Privacy. Dzięki trackerom korporacje gromadzą wiedzę nie tylko o oglądanych przez nas stronach internetowych czy zakupach. Potrafią również ustalić, gdzie, kiedy i z kim przebywa uwiązany do smartfona człowiek.

Z całą pewnością można założyć, że udoskonalane w celach komercyjnych technologie wcześniej czy później trafią w ręce rządów (o ile już nie trafiły). A dojdzie do tego w momencie, w którym epoka swobód i praw obywatelskich przeżywa na Zachodzie kryzys. Tak ważna niezbywalność praw jednostki do wolności czy prywatności okazuje się o wiele mniej znaczyć od poczucia bezpieczeństwa, choćby nawet złudnego. Dlatego tak łatwo godzimy się na coraz większą inwigilację przez państwo.

Sny tyranów o pozbawionym prywatności społeczeństwie kontrolowanym w sposób absolutny po raz pierwszy są możliwą jawą.

Niedoskonałości delatorstwa

„Jeszcze w dzikszy sposób srożono się w stolicy: szlachectwo, majątek, poniechanie i piastowanie urzędów uchodziły za przestępstwo, a za cnotę czekała najpewniejsza zguba” – opisuje w „Dziejach” koniec pierwszego stulecia naszej ery w Imperium Rzymskim Publiusz Korneliusz Tacyt.

Wcześniej, gdy upadała republika, czasy nie należały do spokojnych. Mimo to mieszkańcy Wiecznego Miasta nie żyli w poczuciu ciągłego zagrożenia. To stało się ich udziałem, gdy rządzony już przez cesarzy Rzym zalały kohorty delatorów. Donosiciele byli wszędzie, bo jedynowładcy nigdy nie mieli pewności, czy ktoś przeciwko nim nie spiskuje. „Niemniej też nienawistne były nagrody donosicieli jak ich zbrodnie: jedni z nich niby łupu dopadłszy urzędów kapłańskich i konsulatów, inni zdobywszy stanowiska prokuratorów i wpływy na dworze, poruszali i obalali wszystko, siejąc nienawiść i grozę” – wspominał Tacyt.

Wielkie wpływy donosicieli nie rozwiązywały jednak podstawowego problemu – władcy Rzymu przez cały okres istnienia imperium nie potrafili zbudować instytucji zdolnej dbać o ich bezpieczeństwo oraz stabilność państwa. Ten systemowy defekt wynikał z całkowitej prywatyzacji służb zajmujących się zbieraniem informacji. A to dlatego, że jeszcze w prawodawstwie czasów republiki pojawiła się instytucja delatora, którym mógł zostać każdy, nawet niewolnik. Jego zajęcie polegało na informowaniu władz, że jakiś obywatel działa na szkodę państwa. Jeśli informacja okazywała się prawdziwa, nagrodę stanowiła część majątku zdrajcy.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło Dziennik Gazeta Prawna
Zapisz się na newsletter
Świadczenia, emerytury, podatki, zmiany przepisów, newsy gospodarcze... To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik Radzi. Chcesz się dowiedzieć, kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? A może jakie ulgi można odliczyć od podatku? Kto może otrzymać środki w ramach renty wdowiej? Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj