Niecałe 34 zł miesięcznie za odbiór posegregowanych śmieci – tyle maksymalnie będzie można naliczyć na głowę mieszkańca w tym roku. Ta najnowsza, górna kwota (dokładnie 33,86 zł) wynika z algorytmu określonego w ustawie o utrzymaniu czystości i porządku w gminach (t.j. Dz.U. z 2018 r. poz. 1454 ze zm.), który odwołuje się do przeciętnego miesięcznego dochodu rozporządzalnego wyliczonego ostatnio przez GUS.

Przepisy ustawy mówią wyraźnie, że opłata za śmieci nie może przekroczyć jego 2 proc. Mimo to wiele firm, które zgłaszają oferty w przetargach, żąda stawek przekraczających ustawowe limity o kilka złotych.

– Z naszych informacji wynika, że w niektórych miejscowościach na Mazowszu proponowane w przetargach ceny przekładały się na opłatę aż 42 zł od osoby – mówi Daniel Putkiewicz, burmistrz Piaseczna. Podkreśla jednak, że problem, dotyczy całej Polski.

Przepaść cenowa między oczekiwaniami samorządów a przedsiębiorców jest szczególnie dotkliwa dla mniejszych gmin, które sąsiadują z dużymi. Konkurencja w tych przypadkach jest bowiem szczątkowa. Do przetargów zgłasza się niekiedy tylko jedna, góra dwie firmy. Duzi gracze z większych miast zazwyczaj nie interesują się lokalnym rynkiem w małych gminach.

I to one, jak ustalił DGP, są dziś najmocniej przyparte do muru. Dlaczego? Jeżeli zgodzą się na zaporowe warunki jedynych chętnych firm, złamią prawo, akceptując stawki wyższe, niż wynikają z ustawy. Odmówią – mogą skończyć z zalegającymi na ulicach hałdami worków, których nikt nie będzie chciał odebrać.

Prawny i finansowy pat

Doświadczenia gmin pokazują, że firmy w przeszłości nie wahały się podjąć tak radykalnych kroków. Wiele z nich wolało płacić kary umowne niż współpracować z samorządem na dotychczasowych warunkach. Pod koniec roku w takim położeniu znalazły się już m.in. Nasielsk i Nieporęt. Tamtejsi mieszkańcy musieli przetrzymywać odpady na swoich posesjach do czasu, aż samorząd przerwał śmieciowy impas. W praktyce najczęściej kończył się on tak, że po prostu gmina przystawała na warunki przedsiębiorców.

Scenariusz ten może się ponownie ziścić, a gminy wciąż mogą niewiele zrobić, by mu przeciwdziałać. Co gorsza, presja mieszkańców, dla których kilkusetprocentowe wzrosty opłat mogą być szokujące, to tylko jedno ze zmartwień. Bardziej problematyczny jest bowiem pat prawny wynikający z nieuchronnej kolizji dwóch przepisów. Pierwszy to ten, który wyznacza górną granicę stawek. Drugi to art. 6r ustawy o utrzymaniu czystości i porządku w gminach, który uniemożliwia gminom dofinansowanie systemu gospodarki odpadami.

– Postawione w tej sytuacji samorządy muszą de facto wybierać, który przepis przyjdzie im złamać. Dosypując pieniędzmi do systemu, narażają się na kontrolę regionalnej izby obrachunkowej. Z drugiej strony mogą ryzykować spór z organami, ale wystawić się przy okazji na krytykę mieszkańców – mówi zastępca burmistrza Józefowa Marek Banaszek.

Spychanie w in-house

Jest też trzecia droga wyjścia z impasu. To powierzenie gospodarki komunalnej własnej spółce i kreatywne księgowanie kosztów jej działania. Najczęściej decydują się na to te samorządy, które nie mogą od miesięcy wyłonić firmy chętnej na zagospodarowanie odpadów.

Sęk w tym, że i to rozwiązanie jest niebezpieczne. Dlaczego? Bo gminne przedsiębiorstwo również podlega regułom rynkowej gry i pewnych kosztów (np. pracy, paliwa czy opłat środowiskowych) nie przeskoczy, podobnie jak firma prywatna. Tymczasem żadnych dopłat, które ulżyłyby mieszkańcom, gminy wprowadzić nie mogą.

– Dziś nie istnieją prawne możliwości wprowadzenia dopłat np. dla najbiedniejszych mieszkańców, dla których opłata przy selektywnym zbieraniu odpadów na poziomie 150–200 zł za rodzinę jest katastrofą dla budżetu domowego – przekonują samorządowcy w ostatnim stanowisku Konwentu Wójtów, Burmistrzów i Prezydentów Województwa Mazowieckiego.

Zgodnie bowiem z art. 6r ustawy z pobranych opłat gmina jest zobowiązana pokryć wszystkie koszty funkcjonowania systemu, w tym: odbiór, transport, zbieranie, odzysk i unieszkodliwianie odpadów. Co więcej, zebranych pieniędzy – zgodnie z przepisami – powinno też starczyć na edukację ekologiczną „w zakresie prawidłowego postępowania z odpadami komunalnymi”.

Szanse na poprawę bilansu

Jednym ze sposobów rozwiązania tego problemu, nad którym pracuje obecnie Ministerstwo Środowiska, jest dopuszczenie możliwości dopłacania mieszkańcom do stawek, pod warunkiem że środki na ten cel będą pochodzić ze sprzedaży surowców wtórnych.

Eksperci zastanawiają się jednak, jak ten przepis miałby wyglądać w praktyce, biorąc pod uwagę trudności ze zbytem takich wyselekcjonowanych materiałów i brakiem doświadczenia samorządów na rynku surowcowym.

– Firmy oczywiście mogą przywieźć doczyszczone bele sprasowanych plastików pod sam urząd gminy, tylko co ona z tym zrobi? W jaki sposób i komu ma je sprzedać? – zastanawia się Karol Wójcik, ekspert Związku Pracodawców Gospodarki Odpadami.

Drugim pomysłem na zbilansowanie trudnej sytuacji gmin jest wprowadzenie preferencyjnych opłat dla mieszkańców, którzy będą kompostować odpady na terenie swoich nieruchomości. Miałoby to zatamować największy i najbardziej problematyczny w utylizacji strumień odpadów komunalnych, czyli – w skrócie – resztki jedzenia, których odbiór musi być dużo częstszy (a przez to kosztowny) niż w przypadku np. niepsujących się tak szybko plastików.

Sęk w tym, że prace nad ustawą przeciągają się od sierpnia zeszłego roku, a wiele gmin musi rozstrzygać przetargi tu i teraz, nie wiedząc, jaki będzie ostateczny kształt przepisów, których proponowane brzmienie zmieniało się już trzykrotnie.

Jak ustalił DGP, samorządy radzą sobie z problemem wygórowanych cen tak: te, które nie dopłacają do systemu, a nie mogą przy tym wyłonić korzystnej oferty w przetargu, często decydują się po prostu na obniżanie wymagań względem firm do minimum. W efekcie zamiast odbioru śmieci co tydzień, mieszkańcy płacą mniej, ale odpady muszą przetrzymywać np. dwa razy dłużej.