Poeta, malarz, historyk sztuki. Wydał cztery zbiory wierszy: "Luć delfina" (Światło delfina, 1991), "Jantar ćasa" (Bursztyn czasu, 1995), "Rosa" ("Rosa", 2002 - edycja polska 2003) i "Hipodrom" (Hipodrom, 2006). Laureat Nagrody im. Simona Jenki za najlepszą słoweńską książkę poetycką wydaną w 2002 roku. Tłumaczy z wielu języków, m.in. Gerarda de Nervala, Fernando Pessoę i Pierra Paolo Pasoliniego. Mieszka w Lublanie.
Komelj jest niestrudzonym poszukiwaczem i wielbicielem tekstów odrzuconych przez tradycję, fascynuje go zwłaszcza frenetyczna poezja włoskiego baroku wynajdywana w neapolitańskich i weneckich antykwariatach. W jego wierszach uderza osiągana wyrafinowanymi środkami przeraźliwość, dochodzenie do wniosków krańcowych i trudnych do przyjęcia.
Cała ta twórczość jest właściwie jednym wielkim rozważaniem eschatologicznym obejmującym zarówno kwestię duchowości kosmosu, jak i ujmowanych w sposób zaskakująco nieoczywisty relacji między Bogiem, człowiekiem i zwierzęciem. Tym, co ich łączy, jest przebywanie "na krawędzi istnienia" - stamtąd właśnie dochodzi nas głos Komelja.
p
Hipodrom
Deski ogrodzeń są ponadgryzane,
grunt gdzieniegdzie rozryty niespokojnymi krokami.
Jedyne dokumenty, że był jakiś bunt.
Trzechsetletni rękopis, zapomniany, ktoś skandował
wersy o śmierci wyścigowego konia: "Baggiano -
generoso destrier - szybszy niźli strzała -
jak Pegaz - śladem wiatru - drażni błyskawice -
morto e Bagiano - żagwie w oczach - wojownicze serce -
zabił się w czasie skoku - złamał sobie kręgosłup -
w tej samej chwili zaoferował grzbiet bogom -
ciągnie kwadrygę Słońca..." - Zatęchłe szaleństwo
perfidnej retoryki nie zakryje
strasznej, niemej postaci:
konia, co pędzi obok, galopem, w milczeniu.
Elektrowstrząsy, zawinięte w gazę.
Nie za mocne - żeby nie rozdrażniały.
Ślimaki, które przekraczają tłumnie
próg kasy o określonych porach,
zanim go dzień zasypie kopytami.
Kanie siedzą na białych słupkach, wbitych w ziemię,
zimą w śnieg.
- Mamo, a czy koniki nie patrzą
na chmurki?
Rozpacz! Której nie mam prawa nikomu
przypisać. To jej nie łagodzi.
To ją potęguje. Gdy się wpisuje w postać
siły i lekkości,
w emblemat swobody.
- Widziałeś kiedy swobodnego konia?
- Widziałeś nieswobodnego?
- Widziałeś swobodnego?
Nie ma schematu, który by
tutaj cokolwiek uznał.
Wieczne poślizgi kopyt.
Bunt, nieodróżnialny od tańca.
Który nie wpisuje się nigdzie.
Dokumenty, które nie wpisują się nigdzie.
Kręgi, nieskończone kręgi.
Aktywizacja skurczów biegu podczas tresury.
Śmiertelne wyczerpanie.
Przez powietrze mknie ciało bez ciężaru, ważące 500 kilo.
Dwóch chłopców rozmawia w barze:
- Wszystkie konie, które wygrały derby -
nigdy już ich nie było...
Muchy, co łażą po krawędziach wielkich oczu
i włażą w ranę pod białą plamą na czole.
Konie, co nie są już tymi samymi.
Rozmowy ludzi między sobą:
ziewanie, omdlewanie.
Woda, co leci z gumowych rurek
po nieprzystępnych nogach, które przestępują,
po grzbietach, które z osobliwym spokojem dziko drżą,
usuwa się sprzed oczu. Obrzędowe klątwy. Sadyzm przyjacielskości.
Błogie, przestrzelone zagapienie dzieci.
przeł. Adam Wiedemann