Z domu Wandy Łyżwińskiej w Hucie Skaryszewskiej w woj. mazowieckim podpalacze wynieśli szafę pancerną. W środku znajdował się rewolwer Łyżwińskiego, trzy sztucery i trzy dubeltówki.

Sam były poseł przebywa w areszcie, jest głównym oskarżonym w seksaferze z zarzutami m.in. gwałtu i podżegania do porwania biznesmena. Dlaczego broń ostra należąca do Łyżwińskiego, któremu grozi nawet 10 lat więzienia, nie trafiła do depozytu? Mazowiecka policja tłumaczy się dość nieudolnie.

"Informowaliśmy Prokuraturę Okręgową w Łodzi, że Łyżwiński ma broń. Usłyszeliśmy, że na tym etapie postępowania nie ma podstaw, by cofnąć mu pozwolenie" - mówi Tadeusz Kaczmarek, rzecznik prasowy Komendy Wojewódzkiej w Radomiu.

Zaprzecza temu rzecznik łódzkiej prokuratury Krzysztof Kopania: "Policja pytała nas jedynie o zarzuty, które postawiliśmy posłowi, zapewne w kontekście posiadania broni" - wyjaśnia Kopania.

Zgodnie z ustawą zezwolenie na broń cofa się automatycznie, gdy jej właściciel popełnił przestępstwo przeciwko życiu, zdrowiu lub mieniu, a także gdy ma prawomocny wyrok.

"Broń Łyżwińskiego powinna zostać zdeponowana w policyjnym sejfie" - wyjaśnia Jarosław Berger, były rzecznik łódzkiej policji. "Właściciel przebywa w areszcie i nie może sprawować należytej pieczy nad bronią. Na efekty nie trzeba było długo czekać" - dodaje.