"Widmo ewakuacji i nerwowe negocjacje dyrekcji placówki z lekarzami nie zrobiły najwyraźniej wielkiego wrażenia na niektórych pracownicach szpitala" - oburza się "Fakt". "Spokojnie przebierały ciuszki w szpitalnym butiku. Zupełnie, jakby nie docierało do nich to, co dzieje się dookoła. A sytuacja lecznicy robi się coraz bardziej tragiczna" - opisuje bulwarówka.
Większość lekarzy, którzy przepracowali określone przepisami, kwartalne klimity godzin, odmówiła zajmowania się chorymi. Do pracy zgodzili się przyjść wczoraj tylko na kolejne 24 godziny, na zasadzie, jak to określili - wolontariatu - pisze "Fakt". Medycy zaznaczyli jednak, że po upływie doby, jeśli nie otrzymają pieniędzy za nadgodziny lub przynajmniej ich obietnicy, pójdą na zwolnienia.
Wydawało się wtedy, że sytuacja przynajmniej na chwilę została opanowana i pacjenci mogą odetchnąć. Tymczasem Jacek Kozłowski, wojewoda mazowiecki, zdecydował się wczoraj zamknąć dwa szpitalne oddziały. Stwierdził, że opieka nad chorymi nie jest tam odpowiednio zabezpieczona. Sześcioro pacjentów z onkologii i chirurgii przeniesiono na inne piętra. Reszta, który była w lepszym stanie, została wypisana do domów na początku tygodnia.
Na domiar złego, dyrektorka szpitala, która negocjowała z Narodowym Funduszem Zdrowia dodatkowe pieniądze na wypłaty dla szpitali, wraca z tych rozmów z niczym. A to oznacza, że w najbliższym czasie zakmnięte mogą zostać kolejne oddziały. Lecznica wciąż nie przyjmuje chorych poza nagłymi przypadkami. I wypisuje wszystkich, których tylko może.
Trudno się dziwić, że w takiej sytuacji chorzy drżą o swoją przyszłość.
"Żyjemy w ciągłej niepewności, nie wiemy, czy jutro będzie kto miał nas leczyć ani gdzie wylądujemy po świętach" - mówi "Faktowi" Jan Chustecki, pacjent radomskiego szpitala.
Dlatego dziwi zachowanie tych pracowników szpitala, którzy zachowują się tak, jakby widmo likwidacji szpitalnych oddziałów w ogóle ich nie dotyczyło - oburza się bulwarówka. "Godzinami przebierają bluzeczki, po czym pędzą do bankomatu wypłacać pieniądze na zakupy. Może z ich zarobkami nie jest więc aż tak źle, jak twierdzą?" - pyta "Fakt".