"Nie powiem ani tak, ani nie. Kuria nie będzie udzielać na ten temat żadnych komentarzy" - mówił wczoraj w rozmowie z DZIENNIKIEM jeden z bliskich współpracowników łomżyńskiego biskupa Stanisława Stefanka.

Reklama

Stefanek to jeden z dwóch hierarchów, z którymi mógł rozmawiać biznesmen. Właściciel kliniki w Wyszkowie, gdzie przez parę miesięcy przebywały betanki, twierdził, że przygarnął zakonnice za zgodą jednego z biskupów. Kategorycznie odmawiał poinformowania, którego.

Wyszków znajduje się na terenie diecezji łomżyńskiej, zaś Kazimierz, skąd eksmitowano siostry, na terenie metropolii lubelskiej, którą kieruje arcybiskup Józef Życiński. Otoczenie drugiego hierarchy wprost zaprzecza. "Na pewno arcybiskup się tym nie zajmował" - powiedział rzecznik metropolity ksiądz Mieczysław Puzewicz.

Byłe siostry dwa tygodnie temu zostały przesłuchane przez lubelską prokuraturę. Oświadczyły, że żadna z nich nie jest we wspólnocie wbrew swojej woli.

p

ARTUR GRABARCZYK: Jak wyglądają w Kościele generalne procedury postępowania w takich sytuacjach jak sprawa betanek? Rozmawia się z nimi twardo czy za wszelką cenę dąży do załagodzenia sporu?

TADEUSZ PIERONEK*: Wszystko zależy od biskupa diecezji, w której dochodzi do schizmy. Ale niezależnie od dobranych metod każdy biskup zawsze dąży do tego, żeby się z tymi ludźmi dogadać. Grożenie sankcjami jest ostatecznością, po którą się sięga, gdy zbuntowani wierni są wyjątkowo zatwardziali i nieskłonni do rozmów. Podstawą są negocjacje.

Biskup negocjuje osobiście, powołuje specjalną komisję czy wysyła na rozmowy jednego zaufanego człowieka?

Nie ma sztywnych reguł postępowania. Specjalna komisja złożona z teologów powoływana jest wtedy, gdy grupa odchodzących wiernych głosi jakieś swoje prawdy. Wtedy sprawdza się, na ile to, czego nauczają, różni się od oficjalnego nauczania Kościoła. Nieco inaczej jest, jeżeli podłożem buntu są kwestie nowych pomysłów liturgicznych danej grupy czy kwestie posłuszeństwa. Wtedy rozmowa z biskupem czy jego wysłannikiem jest próbą znalezienia kompromisu. Często jest bowiem tak, że biskup zgadza się wprowadzać pewne pożądane przez taką grupę nowinki, jeśli uzna, że one nie są groźne.

Jak wyglądają same negocjacje?

Grupa przedstawia swoje racje, argumenty czy pomysły reformatorskie. Mówi, jak wygląda jej wizja wiary. A biskup czy jego wysłannik, powołując się na konkretne zapisy doktryny Kościoła, na dogmaty, na prawo kanoniczne czy przepisy liturgiczne, wykłada im swoje racje.

Stawia schizmatykom twarde warunki czy cierpliwie namawia?

Przede wszystkim nie nazywa ich schizmatykami. To nie są jego wrogowie, ale ludzie błądzący, którym się mniej lub bardziej pogmatwały pewne istotne kwestie dotyczące delikatnej materii wiary. Rozmawia z nimi po to, by ich przywrócić Kościołowi, a nie zniszczyć. Dlatego nie wolno ich obrażać.

Czyli namawia, a nie grozi?

Zdecydowanie namawia. Bombardowanie takich ludzi wizjami kar nie ma sensu, bo to właściwie zamyka rozmowę. A w kwestiach spornych, które doprowadziły do odejścia grupy ludzi z jakiejś wspólnoty, jedyną szansą na sukces jest szukanie możliwości dialogu.

Jeśli buntownicy miękną i chcą wrócić do Kościoła, jakie stawia się im warunki?

Wiadomo, że biskup nie może ustąpić w kwestiach zasadniczych, w kwestiach dogmatów, oficjalnego nauczania. A więc jeśli spór dotyczył np. jakiegoś dogmatu, to ta grupa musi wyrzec się swoich pomysłów i na nowo przyjąć stanowisko Kościoła.

Czy po ponownym przyjęciu takiej grupy schizmatyków nakłada się na nich jakiś nadzór, wyznacza okres karencji i sprawdza prawomyślność?

Nie ma żadnych zasad, terminów, okresów szczególnej kontroli. Jeżeli buntownicy naprawdę szczerze chcą być z powrotem w Kościele, są skruszeni i widać, że czas wątpliwości minął, że chcą się na nowo odnaleźć, to biskupowi nie pozostaje nic innego, jak tylko z otwartymi ramionami przyjąć ich na łono Kościoła.

*bp Tadeusz Pieronek jest profesorem kanonicznego prawa procesowego, byłym rektorem Papieskiej Akademii Teologicznej