p
William Pfaff*
Warto na nowo przemyśleć UE
Reakcja Komisji Europejskiej i najbardziej prounijnych rządów w Europie na odrzucenie przez Irlandczyków traktatu lizbońskiego jest podobna do reakcji na wyniki francuskiego i holenderskiego referendum w sprawie konstytucji europejskiej trzy lata temu. Instytucje te nie chcą przyjąć do wiadomości, że irlandzcy wyborcy naprawdę powiedzieli traktatowi "nie". Nie podoba im się, że mały, czteromilionowy kraj hamuje marsz Unii Europejskiej ku integracji i realizacji wspólnotowej misji. Uważają zatem, że Irlandczycy muszą zagłosować jeszcze raz albo ich weto należy zignorować, ponieważ nie może być tak, że ich opinia przeważy nad opinią mieszkańców 26 pozostałych krajów unijnych (oczywiście nie wiemy, co myślą obywatele tych krajów, ponieważ referenda nie są tam organizowane).
Jak się wydaje, większość Komisji chce, by dalsze rozszerzenie UE objęło te kraje bałkańskie, które jeszcze nie należą do Unii, a także Turcję, Ukrainę, Gruzję i w dalszej perspektywie Rosję. A potem - kto wie? Niektórzy widzą dla tego zjednoczenia następujące historyczne uzasadnienie: pokój w Europie i Eurazji, a nawet na Bliskim Wschodzie, wyzwolenie wszystkich krajów od brzemienia historii.
Francuski sekretarz Stanu do spraw europejskich Jean-Pierre Jouyet tak powiedział o irlandzkim głosowaniu: "To jest incydent. (...) Idziemy dalej. (...) Europa nie rozpadła się i nie jest w kryzysie". Inny europejski dyplomata nawoływał: "Przede wszystkim nie możemy stwarzać wrażenia, że Europa utknęła w martwym punkcie". Tylko bez paniki: są kraje, które jeszcze nie ratyfikowały traktatu i powinny to zrobić mimo jego odrzucenia przez naród irlandzki.
Premier Irlandii został wezwany do Brukseli, by wyjaśnić, co poszło nie tak i co można zrobić, żeby traktat udało się przepchnąć w drugim referendum. "Sami Irlandczycy muszą nam powiedzieć, jakich zmian sobie życzą", powiedział francuski urzędnik. Londyn ogłosił, że mimo ponownych apeli o referendum (niegdyś obiecywanego przez Partię Pracy) wszystko odbędzie się zgodnie z dotychczasowym planem. W przyszłym tygodniu Izba Lordów zacznie obrady w sprawie traktatu.
Z kolei konserwatywna włoska Liga Północna, która chce referendum w swoim kraju, pogratulowała Irlandczykom. Roberto Calderoli, wiceprzewodniczący Ligi i minister w rządzie Berlusconiego, powiedział: "Za każdym razem, gdy zasięgano opinii ludzi, ze spektakularnym skutkiem torpedowali model Europy, który wydaje się daleki od ich oczekiwań". Konserwatywny prezydent Czech Vaclav Klaus ocenił: "Traktat jest martwy. Nie ma możliwości kontynuacji procesu ratyfikacji".
Nikt nie chce powiedzieć tego, co od dawna jest oczywiste: ludzie chcą i potrzebują dwóch, a może nawet trzech różnych Unii Europejskich. Pierwsza z nich to Europa ekonomiczna, Europa wolnego handlu. Nie musi ona nawet mieć wyłącznie europejskiego charakteru. Były premier Francji Edouard Balladur, podobnie jak wielu Brytyjczyków, proponuje gospodarczą unię transatlantycką. Taka Europa byłaby partnerem Stanów Zjednoczonych. Jest to jednak mrzonka, bo trudno sobie wyobrazić Amerykę rezygnującą z części swojej suwerenności, a tego wymagałoby stowarzyszenie z dużymi krajami Europy. Waszyngton może wpuścić Wielką Brytanię i część małych, proamerykańskich państw Europy do NAFTA, a i to nie bez wahań, bo kraje europejskie prawdopodobnie zaprotestowałyby przeciwko niektórym regułom ekonomicznym i strategicznym wymaganym przez USA.
Drugą Europę można nazwać Europą z numerem telefonu. Byłaby to prawdziwa unia lub ścisła federacja podobnie myślących narodów o wspólnych wartościach i interesach, jednolitym ustawodawstwie i zintegrowanych instytucjach. Taką wizję mieli pierwsi członkowie Wspólnoty Węgla i Stali. Taki twór miałby wspólną władzę wykonawczą, parlament i politykę zagraniczną (bez wątpienia pokojową). Z pewnością nie mogłoby do niego należeć 27 ani nawet 15 członków UE, przyjąłby on też w swoje szeregi najwyżej jedno tradycyjne wielkie mocarstwo. Można sobie wyobrazić, że jego trzon stanowiłyby Niemcy, do których dołączyłby Beneluks (być może bez francuskojęzycznej Walonii), jak również Austria i Skandynawia.
Całkiem niewykluczone, że obok takiej wspólnoty powstałaby druga, z innym numerem telefonu, złożona z Francji, Hiszpanii i Włoch. Prowadziłaby interwencjonistyczną, aktywną politykę zagraniczną, aby liczyć się na scenie międzynarodowej. Hiszpania i Francja miały kiedyś duże imperia, a Włochy imperium mniejsze, ale wszystkie te kraje są otwarte na świat pozaeuropejski, utrzymują ożywione stosunki z Bliskim Wschodem, Ameryką Łacińską i Afryką.
I jeszcze dwie ostatnie możliwości. Pierwsza z nich to powrót do Dwunastki, struktury niewielkiej i elastycznej, która mogła prowadzić spójną politykę zagraniczną. Reszta Europy funkcjonowałaby jako strefa wolnego handlu stowarzyszona z Dwunastką, być może zawiązując dobrowolne koalicje przy okazji niektórych przedsięwzięć politycznych i strategicznych. Innymi słowy, chodzi o "Europę dwóch prędkości", która w tej chwili jest nie do zaakceptowania dla większości członków UE.
I wreszcie ostatnia możliwość: obecna Europa dalej funkcjonuje jako zintegrowany gospodarczo obszar wolnego handlu luźno stowarzyszony ze Stanami Zjednoczonymi, ale ze względu na sprzeczne interesy i koncepcje swoich licznych członków pozbawiony wspólnej polityki zagranicznej i osobowości prawnomiędzynarodowej. Wydaje się, że właśnie w tym kierunku dziś zmierzamy.
© 2008 Tribune Media Services, Inc.
przeł. Tomasz Bieroń
p
*William Pfaff, ur. 1928, amerykański publicysta, komentator polityczny, ekspert w dziedzinie stosunków międzynarodowych. Od trzydziestu lat związany z "International Herald Tribune", publikuje też m.in. na łamach "Foreign Affairs", "Commentaire", "Die Zeit" oraz "The New York Review of Books". Autor wielu książek, z których ostatnie to "Fear, Anger and Failure" (2004) oraz "The Bullet's Song: Romantic Violence and Utopia" (2004). Kilkakrotnie gościł na łamach "Europy" - ostatnio w nr 183 z 6 października ub.r. opublikowaliśmy jego tekst "Gra o przywództwo" o polityce zagranicznej Nicolasa Sarkozy'ego.