Klara Klinger: Z tegorocznej „Diagnozy szkolnej” wynika, że polscy rodzice nie mają pojęcia, co robią ich dzieci.

Reklama

Janusz Czapiński*: Rodzice nigdy nie wiedzieli, co robią ich dzieci ani co czują. Jednak jest różnica między dniem dzisiejszym, a sytuacją sprzed 20 lat. W tej chwili jest więcej groźnych pułapek, które czyhają na dzieci, jak na przykład zagrożenia płynące z internetu, i dlatego na rodzicach spoczywa większa niż kiedyś odpowiedzialność. Wyniki naszych badań są alarmujące. Bo dziś nie możemy już machnąć ręką i uwierzyć w to, że dzieci same wyjdą na ludzi. Większości z nich się to uda, ale jakim kosztem? I co zrobić z tymi, które nie dadzą sobie rady? Będą wyrastać w kulturze galerianek - ich mottem przewodnim w życiu stanie się walka o swoje, bez względu na koszty.

W kulturze galerianek, czyli jakiej?

To znane zjawisko, o którym powstał niedawno film. To dokument o dziewczynach, często z dobrych rodzin, które znajdują sponsorów w galeriach handlowych w dużych miastach. Reżyserka filmu niezwykle trafnie pokazała, że do takich sytuacji dochodzi nie bez powodu. W tle jest zawsze dom rodzinny, i wcale nie musi to być dom patologiczny. Winy za takie patologiczne zachowania z pewnością nie ponoszą dzieci, leży ona po stronie dorosłych.

Dlaczego dzieci nie rozmawiają z rodzicami o swoich potrzebach?

Z jednej strony rodzice mało się interesują tym, jak ich potomstwo spędza czas. A z drugiej dzieci nie mają do dorosłych zaufania. W domu mniej się bowiem mówi o uczuciach, dużo więcej o zadaniach. Dorośli układają plan na życie i dzieci są jednym z elementów tego planu. Wychowanie potomstwa traktują na zasadzie wypełniania pewnej agendy: odhaczamy kolejny punkt i jesteśmy w porządku. My - rodzice - jesteśmy odpowiedzialni, chcemy, by dzieciom niczego nie brakowało pod względem materialnym. A wyrazem naszej troski jest zapewnienie im dobrej szkoły, dodatkowych kursów angielskiego. To są rzeczy, które mają świadczyć o tym, czy jest się dobrym rodzicem, czy nie.

Może to dobre dla dzieci?

Nie, bo dla dziecka jest ważna zupełnie inna hierarchia wartości. Ono oczekuje rozmowy o niczym, zabawy. A rodzice stawiają je w sytuacji małego dorosłego. Poza tym takie podejście powoduje, że miłość rodzicielska przestaje być bezwarunkowa: ja pracuję od świtu do nocy, żeby opłacić ci dobrą szkołę, ale ty musisz za to przynieść mi dobre oceny. Rodzina zaczyna więc funkcjonować jak firma, która ma przynosić wymierny dochód, a jest on liczony według konkretnych kryteriów. Tym kryterium jest sukces. A dziecko potrzebuje bezinteresownych uczuć. Zainteresowania rodzica tylko dlatego, że jest to jego syn czy córka. A nie dlatego, że zostało ono wpisane w plany życiowe.

Dzisiejsi rodzice są aż tak wyrachowani?

Nie robią tego świadomie. Podchodzą do dziecka zadaniowo, interesuje ich, jakie oceny ma w szkole. Tymczasem w hierarchii dziecięcej akurat osiągnięcia szkolne plasują się bardzo nisko. Ale dorośli przykładają do dzieci własny system wartości. Obecne pokolenie rodziców jest nadambitne, stąd takie wygórowane oczekiwania wobec dzieci – aż 80 proc. z nich chce dla nich wyższego wykształcenia. Po 1989 r. wybuchł wulkan aspiracji, najważniejsze stały się nastawienie na sukces i wiara, że tylko on prowadzi do szczęścia. Teraz dorośli te wartości przerzucają na dzieci.

Zaskakujące jest też, że rodzice bardziej ambitnie podchodzą do córek niż do synów.

Nie chodzi w tym przypadku tylko o ambicje. Rodzice przeceniają córki. Pokolenie, do którego należą, nadal żyje w świecie stereotypów i myślenia kliszami. Uważa, że dziewczynki są grzeczne i zdolne, a chłopcy to raczej brutale niż ofiary. Dlatego rodzice nie wyobrażają sobie, żeby córki były sprawcami przemocy, a tymczasem w szkołach ponadgimnazjalnych w dużych miastach to właśnie dziewczynki częściej są agresorami niż chłopcy.

Bardzo niewesołe są wyniki pańskich badań. Co zrobić, by rodzice i dzieci lepiej się rozumieli?

To jest czerwone światełko, które powinno dać do myślenia. Nie jest źle, ale dzieci czują się osamotnione. Stąd się mogą brać patologie. Lepiej więc przemyśleć swój stosunek do własnych dzieci i dowiedzieć się o nich więcej.

*prof. Janusz Czapiński, autor badań ”Szkoła bez przemocy”

Reklama