MARIUSZ NOWIK: Według tradycji Całun Turyński to płótno, którym okryto ciało Jezusa złożone w grobie. Wizerunek Chrystusa miał się na nim odcisnąć w jakiś tajemniczy sposób. Wytłumaczenie tego zjawiska z punktu religijnego przychodzi łatwo. Co o tym mówi nauka?

PROF. IDZI PANIC: Nauka na ten temat wypowiada się bardzo ostrożnie. Z prostego powodu - nikt nie był przy zmartwychwstaniu. Jeśli mielibyśmy ściśle identyfikować Całun Turyński z postacią Jezusa, musielibyśmy najpierw mieć wiarygodnego świadka. Nie wiadomo jednak, co wydarzyło się w grobie. Ewangeliści opisują, że kiedy rano kobiety przyszły do grobu, ten był pusty. Nie ma fizycznego dowodu na to, że Jezus w tym płótnie leżał i to płótno opuścił. To jedna strona medalu. Ale jest też druga. Wiadomo, że na całunie odbite są ślady ukrzyżowanego człowieka. Człowieka martwego.

Skąd wiadomo, że był martwy?

Bo na całunie są ślady płynów surowiczych, takich jakie wydziela organizm w krótkim czasie po śmierci. Patolodzy badający płótno jednoznacznie stwierdzili, że są tam pozostałości płynów organicznych, ale nie ma jakichkolwiek śladów rozkładu. Oznacza to, że człowiek ten w leżał w całunie nie więcej niż jakieś 30-36 godzin. Ale to nie wszystko. Specjaliści z amerykańskiej grupy badawczej Shroud of Turin Research Project dowiedli, że na całunie nie ma śladów tak zwanego przesunięcia. Kiedy ktoś ściągałby okrycie z leżącego człowieka, świeże ślady krwi na okryciu musiałyby ulec wydłużeniu. To tak jak z opatrunkiem na skaleczonym palcu. Gdybyśmy obejrzeli ściągnięty z palca opatrunek pod mikroskopem, na zakrzepłej krwi zauważylibyśmy kierunek ruchu. Tymczasem tam tego nie ma, obraz jest bezkierunkowy.

Poza tym wizerunek na płótnie jest termostabilny. Całun przetrwał kilka pożarów i wpływ bardzo wysokich temperatur. Gdyby obraz postaci był namalowany farbami, musiałby ulec degradacji. A on nadal wygląda tak samo. Co więcej, badania wykazały, że wizerunek jest nieprawdopodobnie płytki, ma mniej więcej 40-42 mikrony. Jest jak współczesna fotografia, jak obraz wykonany laserem. Nie dałoby się namalować go farbami w taki sposób, by barwnik nie wniknęła w głąb płótna. Szczególnie używając średniowiecznych technik.

Pojawiają się jednak opinie, że to Leonardo da Vinci sfałszował Całun Turyński. Tak twierdzi amerykańska artystka Lillian Schwartz, która przekonuje, że da Vinci odbił na płótnie swój wizerunek, używając do tego światłoczułego siarczanu srebra.

Nie zgadza się w tym jeden podstawowy fakt. Płótno znane jako Całun Turyński pojawia się w wiarygodnych źródłach z Europy Łacińskiej 100 lat wcześniej, nim urodził się Leonardo da Vinci. Słyszałem też ostatnio, że Całun Turyński miał namalować Giotto di Bondone. Otóż wizerunek na płótnie nie ma śladów ruchu, który zdradziłby jego twórcę. Jeżeli coś piszemy lub malujemy, musimy wykonać ruch w jakimś kierunku. A na całunie brak tego odwzorowania.

Może w takim razie wizerunek Jezusa odciśnięto pod wpływem wysokiej temperatury? Widziałem w jednym z programów telewizyjnych taki eksperyment - rozgrzany metalowy posąg owinięto płótnem, na którym pojawiło się odbicie szczegółów rzeźby.

Jest taka teoria, bardzo interesująca. Nazywam ją teorią żelazka. Niektórzy jej zwolennicy posuwają się nawet do twierdzeń, że jakiegoś człowieka umęczono na wzór Jezusa, zabito, po czym owinięto płótnem i "obrobiono" przy pomocy wysokiej temperatury. Problem polega na tym, że całun jest materią, która musiałaby zareagować na gorąco. Niech pan weźmie swoją białą koszulę, przytknie do niej rozgrzane żelazko i odczeka chwilę. Wierzchnia warstwa płótna się przypali. Tymczasem materia całunu nie uległa takiej reakcji, wykazały to badania.

Poza tym - proszę sobie wyobrazić, że prasuje pan po nierównej powierzchni, jaką jest ludzkie ciało. Na płótnie powstaną fałdy. Tam czegoś takiego nie ma. Ten obraz jest trójwymiarowy, postać jest przedstawiona z ogromną dokładnością medyczną. Widać nie tylko wybroczyny płynów ustrojowych, ale także rany, jakie zadano temu człowiekowi. Był torturowany, doświadczył niewyobrażalnego cierpienia. Miał połamany nos, popękane kości jarzmowe.

A co pokazały wyniki badań śladów krwi?

Obecność krwi potwierdzono całkiem niedawno. Wiemy już, że człowiek, którego okryto płótnem, miał grupę krwi AB. Co ważne, przed kilkunastu laty wykonano obraz genetyczny śladów krwi i okazało się, że jej rozpad wskazuje na wiek mniej więcej 1,9 tys. lat. Ale w trakcie badań udało się ustalić coś jeszcze. Tam, gdzie są plamy krwi czy płynu surowiczego, tam nie ma odbitego wizerunku. Znaczy to, że najpierw na całunie został położony człowiek, potem spłynęły z niego resztki płynu surowiczego, a dopiero potem powstał wizerunek. Nie odwrotnie. To by potwierdzało tezę o zmartwychwstaniu.

Albo o wyjątkowo genialnym fałszerzu...

Ale tam jest kolejna fenomenalna sprawa. Monety w oczodołach zmarłego, ułożone zgodnie z żydowską tradycją pogrzebową. Żaden średniowieczny fałszerz nie były w stanie ich odwzorować. I to nie przypadkowych monet, bo badania wykazały, że jedną z nich jest lepton bity przez Poncjusza Piłata od 29 roku naszej ery. Jest mało prawdopodobne, by w średniowieczu odtworzono lepton Piłata, nawet jeśli by o takiej monecie wiedziano. Poza tym w żadnym z eksperymentów nie udało się z taką dokładnością odwzorować leptonu na płótnie.

Skąd w takim razie wziął się na Całunie Turyńskim?

Trudno powiedzieć. Wygląda to tak, jakby obraz postaci ze wszystkimi szczegółami przeniosła na płótno jakaś energia, coś w rodzaju trwającego bardzo krótko wyładowania.

Jednak podstawowym zarzutem co do autentyczności Całunu Turyńskiego jest badanie metodą radiowęglową. Datowanie na podstawie rozpadu izotopu węgla C14 dowiodło, że płótno powstało między połową XIII wieku a końcem XIV.

Trzy niezależne laboratoria - w Arizonie, Oksfordzie i Zurychu - które prowadziły te badania, wykonały swoją pracę solidnie. Rzeczywiście, każde z nich uzyskało inny wynik, ale ja bym na to nie zwracał zbyt wielkiej uwagi, bo akurat metoda takiego datowania w tym przypadku może nie być zbyt dokładna. Warunkiem uzyskania wiarygodnego wyniku jest dokładne oczyszczenie materiału z naleciałości, które odkładały się na nim przez setki lat. Jeśli tego nie zrobimy, suma badania izotopów może się nałożyć. To by tłumaczyło rozpiętość tych dat. Dziwi mnie w tej sprawie co innego.

Pobrana z płótna próbka została podzielona najpierw na dwie połowy, potem jedną z nich dodatkowo podzielono na trzy części - po jednej dla każdego laboratorium. Druga próbka miała pozostać w Turynie i po wykonaniu tamtych badań miała posłużyć do zestawienia z całunem celem weryfikacji wyników i potwierdzenia, że jest oryginalna. Ale człowiek odpowiedzialny wraz z jednym z kanoników turyńskich za dostarczenie tych próbek przekonał kanonika, że on sam przekaże wszystkie próbki do laboratoriów. Co więcej, ani nie dostarczył próbki kontrolnej do badań, ani nie przywiózł jej do Turynu celem weryfikacji. Więc tak naprawdę - z naukowego punktu widzenia - nie wiemy do końca, co te laboratoria badały.

Kim był ten człowiek?

Włoska prasa podawała, że chodzi o pracownika British Museum. To historyk sztuki, zdeklarowany przeciwnik autentyczności całunu. Dla mnie to zwykła nieuczciwość, nie miał prawa odbierać drugiej próbki, nie miał prawa gdziekolwiek jej zawozić. Takie zachowanie podważa wyniki badań. Ale na przykład prof. Dymitr Kuzniecow, jeden z autorów radzieckiego programu nuklearnego, który wyjechał do USA w 1989 roku, twierdził, że według jego badań izotopowych płótno z Całunu Turyńskiego ma około 2 tys. lat.

We włóknach odkryto również pyłki roślinne. Jakie?

Max Frei-Sulzer, biolog i kryminolog z Zurichu wyizolował pyłki 58 roślin, przy kilku się pomylił, ale to nie ma wielkiego znaczenia. Ciekawsze jest to, że znalazł tam pyłki halofitów, czyli roślin, które rosną w środowisku słonym, nad Morzem Martwym i kwitną w okresie naszej Wielkanocy, a żydowskiej Paschy. Zbyt dużo zbiegów okoliczności przemawiających przeciwko fałszerstwu.

Dużo zbiegów okoliczności i dużo wątpliwości. Chciałbym wrócić do pierwszego pytania. Czy po tylu badaniach nauka potrafi wyjaśnić, jak powstał Całun Turyński?

Odpowiedź jest jedna: to jest nie do wyjaśnienia. Każde ze zjawisk odwzorowanych na płótnie możemy wyjaśnić z osobna, ale nie da się wyjaśnić ich występowania jednocześnie.