Polityka to równoczesna gra na wielu fortepianach, a on bez opamiętania wali tylko w jeden. W dodatku od walenia puścił strój i dźwięki są coraz bardziej fałszywe. Słabo jak na politycznego geniusza.

Z ostrożną nadzieją

Zróbmy na początek małe ćwiczenia z politycznej taktyki. Mamy koniec października 2015 r. Nasza partia wygrała wybory i może samodzielnie rządzić, co nawet nas – choć będziemy to ukrywać przed publicznością – lekko zaskoczyło. Pięć miesięcy wcześniej nasz człowiek został prezydentem. Wystawiliśmy go bez wielkiej nadziei za zwycięstwo, ot, by nie było blamażu, ale przeciwnika ogarnęła nagle jakaś demencja i przez kilka miesięcy kampanii z ciężkim uporem pracował na to, by przegrać. Osiem lat rządów poprzedników też ułatwiło sprawę. Okopali się w swoich gabinetach i zupełnie przegapili falę społecznego oburzenia. Na rynek pracy, nierówności i niesprawiedliwy podział potransformacyjnego tortu.

W kampanii parlamentarnej uderzyliśmy w ten sam ton – pracę i nierówności – i pokazaliśmy spokojniejszą twarz. Wiadomo, wybory wygrywa się w centrum, to nieradykalni wyborcy przechylają szalę. Pomogły nam też okoliczności. Głupawy pomysł lewicy, która zawiązała koalicję bez lidera, i brodaty jegomość, który tejże nierozsądnej koalicji urwał trochę głosów w debacie TV.

U progu kadencji nawet sceptyczni wyborcy przyglądają się nam z ostrożną nadzieją. Opozycja oczywiście próbuje sprowadzić nasze wyborcze pomysły do absurdu, ale – będziemy powtarzać do znudzenia – to nie jest zwyczajna kiełbasa wyborcza. 500 zł przekazywane rodzinom na każde (potem to zmodyfikowaliśmy – na drugie) dziecko nie jest zwykłym rozdawnictwem, lecz sposobem na zmianę modelu redystrybucji dochodu narodowego. W sporze o to, czy wydawać na pendolino i autostrady, czy na bezpośrednie transfery, opowiadamy się za tym drugim. Cała filozofia III RP opierała się na niesprawiedliwym podziale tego tortu i my to chcemy zmienić.

Podobnie z minimalną stawką godzinową dla osób pracujących na zleceniu czy samozatrudnieniu. Nie uważamy, że wszystko wyreguluje rynek, to wiara naiwnych i lobbystów. Firmy płacące 3–4 zł za godzinę pracy nie powinny mieć racji bytu, to nie jest działalność gospodarcza, tylko gospodarcze ździerstwo. Tym, którzy wyzywają nas od socjalistów, polecamy przyjrzenie się choćby Wielkiej Brytanii. Tej samej, którą nasi przeciwnicy stawiają za wzór liberalnych cnót wszelakich. Ona też podnosi godzinową stawkę minimalną. To oznacza – uwaga, uwaga – że ją ma. A my do tej pory nie mieliśmy.

I jeszcze podatek bankowy. W wielu krajach obowiązuje, u nas poprzednicy nie ośmielili się nawet zacząć dyskusji na ten temat. Niby, że groziło to zachwianiem stabilności finansowej sektora. Tak naprawdę to siła bankowego lobby decydowała o poczynaniach tamtego rządu, nie racja kraju.

Mamy więc przychylnych wyborców z centrum i pełnię władzy. O co gramy? O trwałość. Chcemy tak przebudować kraj, by odwrócenie nowego stanu przez następców było jeśli nie niemożliwe, to bardzo trudne. Jeśli dobrze rozegramy tę partię, będziemy rządzić nie cztery lata, a dwadzieścia. Sprzyja nam, że jesteśmy partią prawicową, a społeczeństwo mamy konserwatywne. Niebezpieczeństwa? Opozycja będzie bić w nas jak w bęben, pokazała już swoje możliwości za naszych poprzednich rządów z lat 2005–2007. Duża część mediów jest nam nieprzychylna. Wielki biznes także. Nie lubią nas prawnicy, zasiedziała kasta urzędnicza (ale ona nie lubi żadnej nowej władzy), grupy czerpiące zyski z działalności na pograniczu państwa i biznesu oraz zagranica. Jest też niebezpieczeństwo wewnętrzne – po ośmiu latach posuchy mamy wygłodzony aparat partyjny, który przebiera nogami, by się odgryźć na poprzednikach i dorwać do intratnych stanowisk. Trzeba mieć go pod kontrolą.

Jak to rozegrać? W polityce tylko głupcy bądź rewolucjoniści otwierają walkę na wszystkich frontach. Skoro mamy społeczeństwo po swojej stronie, zacznijmy od marchewki. Przełamiemy lody, zachęcimy, pogłaszczemy i kupimy. 500+ i minimalna stawka godzinowa na początek. Podatek bankowy na dokładkę. Mamy społeczne poparcie dla tych pomysłów, opozycji ciężko będzie tu coś ugrać. Do zagranicy uśmiechamy się szeroko i prawimy okrągłe słówka, byle tylko trzymała obmierzłe łapy jak najdalej. Równocześnie, bez eksponowania, pracujemy nad zmianami w prokuraturze, bo system uważamy za niewydolny i chcemy go sobie całkowicie podporządkować. Szybkie zmiany w telewizji publicznej pozwolą nam lepiej sterować medialnym przekazem, tu jednak wykazać się musimy sprytem i działać w białych rękawiczkach, bo walenie bejsbolem przez łeb przyniesie więcej szkody niż pożytku.

Jeśli się sprężymy, w kwietniu będzie pozamiatane. Wejdzie 500+, podatek i podwyżka stawki minimalnej, będziemy mieli telewizję i prokuraturę. Wtedy możemy przystąpić do drugiej części planu – dokręcania śruby.

To tylko jeden z możliwych scenariuszy, jest takich więcej. Wszystkie zakładałyby obłaskawienie jak największej liczby wyborców centrum, przede wszystkim klasy średniej, uspokojenie nastrojów i szybkie działania, które przyniosły ludziom wymierne korzyści. Żeby długo rządzić, trzeba poparcia.

To się kupy nie trzyma

Przyznam, dziwią mnie te wszystkie zachwyty nad politycznym geniuszem Jarosława Kaczyńskiego, nad jego spójnymi strategiami i celnością analiz. Od 25 października porusza się jak słoń w składzie porcelany, gdzie się nie obróci, tam katastrofa. Miał wszystkie atuty w ręku, dziś ma znaczone karty i sporą część centrum przeciwko sobie.

Czy kalkulujący na zimno polityk pozwoliłby sobie na dzień dobry na awanturę z ułaskawieniem Mariusza Kamińskiego? Reakcję wyborców z centrum można było z góry przewidzieć, a radykalni w powyborczej układance są nieistotni, bo popierają i będą popierać każdy pomysł PiS. Kamiński nie jest niezastąpiony, PiS ma na pęczki równie oddanych wiernych, którzy wykonają każde polecenie lidera bez mrugnięcia. Chyba że w grę wchodziły emocje, odreagowanie i pokazanie przeciwnikom gestu Kozakiewicza.

Podobnie z Trybunałem Konstytucyjnym. Do kogo przemawia argumentacja, że trzeba było rozebrać go na części, bo inaczej by zablokował 500+? Zanim sędziowie zajęliby się ustawą, rodzice dostawaliby co miesiąc 500 zł. Trybunał ośmieliłby się to zablokować? Na pewno? Sędziowie nie są samobójcami. To się kupy nie trzyma. Nawet jeśli przyjmiemy, że tak by się stało, to czy rozgrywka z trybunałem przeprowadzona tuż po zablokowaniu przez niego ustawy nie byłaby bardziej efektywna? Społeczeństwo tylko by jej przyklasnęło, KOD by z tego powodu nie powstał. Jeśli ludzie wyszliby na ulicę, to raczej oburzeni na sędziów niż na rząd. Argumentacja, że trybunał nie może być nadrządem, przemówiłaby wtedy nawet do części opozycji.

A to, co się dzieje z publiczną telewizją i radiem, to też efekt geniuszu? Świat jest pełen polityków przekonanych, że kto ma media, ten ma władzę. Choć nijak nie można przedstawić takiej korelacji, ta wiara jest niezachwiana. Ale z politycznie uwikłanymi mediami tak już jest, że najważniejsze są pozory. Odbiorcy ich potrzebują. Inaczej kończy się tak, jak z prawicowymi gazetami, które powstały w ostatnich latach: obojętne, czego by nie napisały, obojętne, jak bardzo ich rewelacje nie byłyby udokumentowane, reszta nie bierze ich poważnie. Bo wiadomo, partyjna tuba, trudno oddzielić ziarno od plew propagandy. Przejęcie telewizji i radia z punktu widzenia PiS jest oczywiste, ale dlaczego tak? Efektem skondensowanej amatorszczyzny, która rozpanoszyła się w kanałach i rozgłośniach, będzie spadek oglądalności i słuchalności. Jak to się ma do zwiększenia wpływu na wyborców?

A awantura ze stadninami koni arabskich? Jaki strategiczny cel osiągnął prezes PiS, eksponując nieudolność własnego obozu? A wymiany kadrowe robione ze złośliwym uśmiechem na ustach, bez ładu i składu? Było oczywiste, że PiS obsadzi spółki i instytucje swoimi ludźmi, robili tak poprzednicy i poprzednicy poprzedników. Ale satysfakcja, której nie ukrywa, z którą się nawet obnoszą, ludzi doprowadza do szewskiej pasji.

Wyznanie wiary

Załóżmy na chwilę, że to wszystko jest przemyślane. Że Jarosław Kaczyński specjalnie podbija ten radykalny bębenek, by zmusić społeczeństwo do opowiedzenia się po jednej ze stron. Znając naszą genetyczną skłonność do uległości, wie, że połowa położy uszy po sobie. Stąd też tak skrojona oferta: nie wystarczy, że podoba ci się 500+ i podatek bankowy; żeby zapisać się do naszej paczki, musisz – niczym wyznanie wiary – publicznie ogłosić, że w Smoleńsku wybuchły bomby i rozpylono sztuczną mgłę, zgodzić się na zerwanie kompromisu aborcyjnego i na wszystko, co nam przyjdzie do głowy. Gdy człowiek publicznie przekroczy granicę śmieszności, nie ma już wyboru. Nie cofnie się, bo nie ma gdzie. Rozdając stanowiska, sprawując niepodzielną władzę nad „redystrybucją prestiżu” i kontrolując wielkie pieniądze w państwowych spółkach, Kaczyński chce zbudować własne zaplecze, całkowicie od niego uzależnione. Którego awans nie zależy od indywidualnych przymiotów, ale od widzimisię prezesa.

Pytanie w polityce najważniejsze: czy to strategia skuteczna? Albo jeszcze inaczej: najskuteczniejsza z możliwych? Lidera nie rozlicza się z chęci, tylko z efektów. Można się na to oburzać, ale polityka to cyniczna gra, gdzie oszustwa i nieczyste zagrania są na porządku dziennym. Wszystko w imię realizacji celów. Zasady to teatr dla maluczkich. Nawet jeśli za działaniami stoją wartości i idee, to aby je wcielić w życie, polityk uczyni wiele złego. Pewnie Kaczyński chętnie widziałby się obok Bismarcka czy Churchilla, na razie jednak bliżej mu do Silvio Berlusconiego – wiele z jego rządów zamętu, prawie żadnych efektów istotnych z punktu widzenia państwa.

Kaczyński się pogubił

Ktoś powie: ale przecież jemu o coś chodzi. Trafnie zdefiniował dolegliwości gnębiące kraj i dawkuje kurację, może bardzo ostrą, ale potrzebną. To kolejny mit. Ani nie zapoczątkował, ani nie uczestniczył w dyskusji o nierównościach, deformacjach na rynku pracy i niesprawiedliwym podziale potransformacyjnego tortu. Ona wybuchła po kryzysie 2008 r. i toczyła się obok niego. Popłynął na tej fali, wyczuł ją i wykorzystał, co jako politykowi zapisać trzeba na plus, ale nie był jej sprawcą. Jego diagnozy utknęły dziesięć lat temu, gdzieś między układem, postkomunistami, tajną agenturą i WSI. W 2005 r. wyniosły go do władzy, dziś trącą myszką, bo i przecież nie z tego powodu wyborcy centrowi dali mu władzę. Oni chcą sprawiedliwszej Polski, a on im daje aborcję i Smoleńsk.

Lider PiS to nie żaden wielki strateg, który obmyśla swoje działania dziesięć ruchów do przodu. Jego zwolennicy lubią tak o nim mówić, dodaje to Kaczyńskiemu nimbu geniuszu i przenikliwości. W zaciszu może uprawia taką myślową zabawę, polityka to jednak sztuka reagowania na rzeczywistość. Teoretyczne scenariusze ładnie wyglądają zapisane na papierze, ale zbyt wiele zmiennych pojawia się każdego dnia, zbyt wiele nieprzewidzianych okoliczności i zaskakujących wydarzeń, by udawać, że można wszystko przewidzieć. Kaczyński nie tworzy rzeczywistości, tylko na nią reaguje. Dziś włącza się w kolejną awanturę – o ustawę antyaborcyjną – nie dlatego, że coś może na tym ugrać, tylko dlatego że nie potrafi jej skutecznie zablokować. Żadnych pozytywnych efektów tej wojny dla niego nie będzie, jednak nacisk Kościoła jest tak duży, a on z hierarchami tak mocno związany, że może tylko powiedzieć: popieram. Podobnie było z trybunałem. Chciał coś ugrać na szybko, licząc na taryfę ulgową dla zwycięzcy, a rozpętał wojnę, w której obrywa od każdej ze stron. Cóż z tego, że trybunał jest zablokowany, skoro przeciwnicy nabierają wiatru w żagle, bo policzyli się na ulicy. Przez 26 lat Polacy nie manifestowali publicznie przywiązania do wartości, dziś spędzają weekendy nie na spotkaniach towarzyskich, ale na manifestacjach. Zasługa to Kaczyńskiego. Ale czy efekt jego przenikliwości?

Zupełnie się Jarosław Kaczyński w swoich diagnozach pogubił. Wiele Polacy oczekują od rządzących, ale na pewno nie silnej władzy. Silnego państwa jak najbardziej, marzą o takim od dawna, ale to przecież nie to samo. Silnym państwem są Niemcy i takiego byśmy chcieli. A nie Rosja czy Białoruś, gdzie władza skupiona jest w jednych rękach i wiele może, ale jak biednie było, tak jest, jak źle się żyło – tak żyje. Dziś lider PiS jest zakładnikiem wyhodowanych na własnej piersi radykałów i musi grać, jak oni mu zagrają.

Kaczyński na wszystkie pytania ma jedną odpowiedź: albo z nami, albo przeciw nam. W dogmatyzmie i nieumiejętności reagowania na zmieniającą się rzeczywistość przypomina Leszka Balcerowicza. Jak tamten od 25 lat powtarza to samo. Na początku lat 90. diagnozy Balcerowicza były trafne, a działania skuteczne, dziś budzą obojętność.

Słabo jak na politycznego geniusza.