Szalenie ciekawe było to, w jaki sposób Czuchnowskiego broniono. Według wielu – choć przekroczył on granice tradycyjnie rozumianego dziennikarstwa, to zrobił to w imię wyższej wartości, jaką jest obywatelski obowiązek dbałości o dobro wspólne i odpowiedzialność za losy ojczyzny. Padały również głosy, że mieliśmy do czynienia z aktem odwagi, której wielu dziennikarzom brakuje. Po raz kolejny rozgorzał przy tym spór o symetryzm: o to, jak dziennikarze mają zachowywać się wobec władzy, której działania – w opinii wielu przedstawicieli branży – zagrażają demokracji i wolności. Krytycy obecnej ekipy uznają, że mamy do czynienia z sytuacją wyjątkową, w której partia bez konstytucyjnej większości zmienia ustrój, więc sama odbiera sobie prawo do bycia traktowaną jako władza legalna. Wolność i demokracja są zagrożone, należy więc walczyć w ich obronie. Ktoś, kto walki unika, czyni to ze strachu albo oportunistycznego cynizmu. Niemożliwe jest, myślą obrońcy demokracji, żeby rozsądny człowiek zagrożenia nie widział, by, cytując doskonały felieton Grzegorza Sroczyńskiego, „nie czuł tej grozy”.

Kłótnia była bardzo intensywna i osobista, bo często toczona przez ludzi, którzy latami ze sobą pracowali. Wpisywała się jednak w szerszy kontekst trwającego w kraju od lat politycznego sporu. Sporu, którego elementem stał się rozwój mediów tożsamościowych.