Z jednej strony sporo, ale z drugiej musi bardzo boleć, że pozostałych 31 milionów posiadających prawo wyborcze obywateli traktuje ludzi nowej lewicy jak powietrze.

Nawet jeśli czują do nich jakąś nić sympatii, to nie jest ona na tyle mocna, żeby w dzień wyborów wyjść z domu i oddać głos akurat na kogoś reprezentującego ten nurt polityczny. A przecież od rana do nocy media z prawa i z lewa donoszą, że Robert Biedroń nie wystartuje na prezydenta Słupska, bo pokochał całą Polskę i zakłada własne ugrupowanie polityczne. Słyszący to 98 proc. Polaków ziewa.

Nie mija tydzień i Barbara Nowacka zamiast związać się z Biedroniem wybiera Schetynę oraz Koalicję Obywatelską. Tą samą, do której przystąpiła już Nowoczesna. Okazując, jak głęboko w nosie ma ekonomiczne ideały lewicy, nijak nie pasujące do gospodarczego liberalizmu. Na wieść o tym 98 proc. Polaków również dłubie w nosie, co okazuje się ciekawszym zajęciem od słuchania rozważań o dramatycznych wyborach Nowackiej.

Sytuacja coraz bardziej przypomina to, jak dwadzieścia lat temu widzowie reagowali w kinach na hollywoodzką superprodukcję Paula Verhoevena "Żołnierze kosmosu". Znany z zamiłowania do filmów ociekających przemocą i seksem reżyser umieścił w swym dziele najśliczniejszych amerykańskich aktorów młodego pokolenia obu płci. Po czym zadbał, żeby w starciu z kosmicznymi robalami ginęli na najbardziej wyszukane sposoby. Cudnym dziewczynom i jeszcze śliczniejszym młodzieńcom kosmiczne potwory urywały ręce i nogi, wypruwały flaki, wysysały mózgi. Kawałki ciał i wnętrzności bezustannie fruwały po ekranie. Tymczasem widownia miała ochotę wyć z nudów.

"Żołnierze kosmosu", pomimo przecudnych buzi aktorów (nawet po zmasakrowaniu przez robale wyglądały powabnie) oraz wydaniu 100 mln dolarów na efekty specjalne, pozostawiali publiczność w stanie totalnej obojętności. Wszystko dlatego, że fajerwerki i wartka akcja nie potrafiły ukryć bezsensu istnienia tego dzieła.

Ta sama przypadłość dotyka właśnie nową lewicę. Bez względu jak mocno kotłują się jej liderzy, co z zapartym tchem śledzą media, sensu w tym nie widać. Oczywiście patrząc z boku. Natomiast słuchając: Biedronia, Nowackiej, czy Adriana Zandberga łatwo dostrzec ich wiarę, że poszli do polityki po to, żeby odsunąć od władzy PiS i nie pozwolić na powrót rządów liberałów. Zaś Polskę i jej mieszkańców chcą przekształcić we wzorcowe marzenie szwedzkich socjaldemokratów. Cóż, bohaterowie "Żołnierzy kosmosu" dawali sobie urwać ręce i inne kończyny, bo wierzyli, że tak ocalą Ziemię przed robalami z kosmosu. Jednak z perspektywy kinowej widowni nie wyglądało to zbyt przekonująco. Również perspektywa polskiego wyborcy zupełnie nie jest kompatybilna z życzeniowym myśleniem nowej lewicy.

Partia Razem oraz najbardziej rozpoznawalny z jej przywódców Adrian Zandberg konsekwentnie eksponują sprawy socjalne. Czerpiąc garściami z najnowszych teorii lewicowych ekonomistów, promujących państwo opiekuńcze. Intelektualnie jest to bardzo ożywcze. Fajnie posłuchać lub poczytać młodych ludzi, dyskutujących o nowoczesnych trendach na Zachodzie. Potem następuje zderzenie z prozą życia, którą jest PiS. Rządząca partia swoją politykę socjalną skonstruowała na wzór cepa. Jest ona prosta i namacalna. Mając do wyboru namacalność 500 plus i okazjonalnych wyprawek, trudno ulec dyskretnemu urokowi debaty o dochodzie podstawowym, czy możliwości skracania dnia pracy do 6 godzin. Zwłaszcza, gdy mało kto może sobie pozwolić, by pracować dziennie tylko przez ustawowe 8 godzin.

Prawo i Sprawiedliwość z lewicowych idei społecznych zagarnęło dla siebie wszystko, co najbardziej atrakcyjne. Teraz nie zamierza na tym polu dać się przelicytować. Zresztą sprawy socjalne do niedawna interesowały nową lewicę dużo mniej od obyczajowych. W czym celuje Barbara Nowacka. Jej wiara, że uczynienie głównymi elementami programu wyborczego: zapewnienia parom homoseksualnym prawa do małżeństwa oraz adopcji dzieci, a kobietom dostępności aborcji przyniesie w Polsce wyborczy sukces, ma w sobie coś mistycznego.

Fakty i liczby te założenia podważają, a mimo to wiara nie słabnie. Oczywiście kwestie obyczajowe odróżniają nową lewicę zarówno od PiS, jak i PO, lecz jest to bez znaczenia, ponieważ podczas wyborów nie mają znaczenia te rzeczy, które obywateli nic nie obchodzą. Badania sondażowe pokazują, że Polacy w swej masie ani nie są wściekłymi homofobami, ani też fanatycznymi przeciwnikami aborcji. Jednak wspomniane kwestie dla nich są w istocie trzeciorzędne i w nikły sposób przekładają się na decyzje wyborcze.

Rafał Trzaskowski o niczym już bardziej nie marzy, jak tylko o udzielaniu ślubów parom jednopłciowym. Tymczasem słupki poparcia za cholery nie chcą mu drgnąć. Generalnie na polu obyczajowym polski wyborca twardo trzyma się postawy: "dobrze jest jak jest i nie należy tego psuć". Trudno też liczyć, by dał się uwieść Robertowi Biedroniowi, stawiającemu przede wszystkim na eksponowanie, jak bardzo kocha wszystkich Polaków (no może poza Nowacką). Niestety Polakom miłość nijak nie chce się kojarzyć z polityką, bo niezmiennie mają o ludziach się nią zajmujących bardzo złe zdanie. Co więcej oczekują od polityków albo czegoś konkretnego albo bycia przywódcą obdarzonym charyzmą i autorytetem. Nawet na tym polu nowa lewica ma pod górkę. Ładni, zamożni, z dobrych domów idealnie pasują do salonu, kawiarni lub sali operowej. Za to wyobrazić sobie na barykadzie Roberta Biedronia z Barbarą Nowacką przy boku, odpierających kolejny szturm siepaczy z ONR, po prostu nie sposób. No chyba tylko Paul Verhoeven podołałby temu wyzwaniu.

Tymczasem zaczyna się właśnie ponad roczny maraton wyborczy. Na jego starcie nowa lewica ma ofertę programową, która przeciętnego wyborcy w niczym nie zachwyca oraz skłóconych liderów. Nie ma natomiast pomysłu jak to zmienić. Przy czym wymyślnie recepty na zapobieżenie klęsce nie wydaje się proste. Choćby dlatego, że opisywany nurt polityczny w obecnym kształcie ideowym pasowałby do realiów szwedzkich, czy niemieckich dekadę temu. We współczesnej Polsce jest tak nieprzystającym do codzienności obywateli, jakby przybył z kosmosu. Najbardziej realnym jego atutem jest średnia wieku działaczy. Mogą sobie pozwolić na kolejne klęski wyborcze wierząc, iż doczekają czasów rozpadu PiS i upadku PO. Może wówczas społeczeństwo zatęskni za czymś zupełnie nowym, a zarazem lewicowym. Wszystko jest możliwe dla tego, kto wierzy – powiedział Jezus, uzdrawiając epileptyka. Skoro lepszych pomysłów na sukces brak, nawet ateistom pozostaje wiara w cuda.