Ponad 50 mld zł - szacunkowo tyle zapłaciliśmy za utrzymanie samorządowych urzędników przez ostatnie cztery lata. Z każdym rokiem koszty rosną wraz z armią pracowników urzędów gmin, powiatów i województw

W wyborach samorządowych do obsadzenia było niemal 50 tys. mandatów. Ile będzie nas kosztować lokalna demokracja? Przepisy określają, że maksymalne miesięczne wynagrodzenie wójtów, burmistrzów i prezydentów miast może wynosić 12 365,22 zł. Radni, w zależności od szczebla i wielkości samorządu, mogą liczyć na diety przekraczające 2,6 tys. zł (dodatkowo mogą być aktywni zawodowo, bo funkcja radnego ma charakter społeczny). Jak wynika z naszych szacunków, na pensje dla wybieralnych urzędników przeznaczamy ok. 1,5 mld zł rocznie.

Samorządowcy przewidują, że w kolejnych latach poziom zatrudnienia ustabilizuje się. Nie ma powodów, dla których powinno wzrastać zatrudnienie w samorządach. W tej materii, przynajmniej na poziomie gminnym, osiągnęliśmy optimum - uważa Marek Miros, burmistrz Gołdapi i wiceprezes Związku Miast Polskich. Twierdzi, że prędzej spodziewałby się redukcji zatrudnienia w lokalnych urzędach niż dalszych wzrostów. Część nowych urzędników była związana z programami unijnymi. Teraz gminy, które pozyskując fundusze europejskie, osiągnęły maksimum swoich możliwości zadłużeniowych, będą miały kłopot, co zrobić z tymi fachowcami - twierdzi burmistrz.

Drugi powód zwiększających się kosztów utrzymania samorządu to coraz wyższe pensje urzędników. Na początku kadencji 2006-2010 średnie wynagrodzenie w gminach wynosiło nieco ponad 3 tys. zł brutto, w powiatach - 2,5 tys. zł, a w województwach - 3,5 tys. zł. Dla porównania, w ubiegłym roku było to już 4 tys. zł w gminach (wzrost o jedną trzecią), niemal 3,6 tys. zł w powiatach (wzrost o 44 proc.) i 4,5 tys. zł w województwach (o prawie 30 proc. więcej). Argumenty za podwyżkami to większy zakres obowiązków urzędników, waloryzacja wynagrodzeń, konkurowanie z wolnym rynkiem o pracowników.

Samorządowcy tłumaczą, że mimo wzrostu płac w dalszym ciągu bardzo trudno pozyskać dobrych, wyspecjalizowanych urzędników. Jednocześnie da się zauważyć, że kandydaci na stanowiska urzędnicze coraz częściej poszukują stabilizacji i pewnej pracy bez tego korporacyjnego ciśnienia - uważa Grzegorz Pietruczuk, przewodniczący klubu radnych SLD sejmiku województwa mazowieckiego. Jego zdaniem zamiast podwyższać czy waloryzować wynagrodzenia wszystkich urzędników, lepiej byłoby wprowadzić systemy motywujące, które pozwalałyby różnicować wynagrodzenia w zależności od osiągnięć.

Zdaniem ekspertów trudno jednoznacznie powiedzieć, czy średnia pensja w wysokości około 4 tys. zł brutto to dużo, czy mało w przypadku lokalnych urzędników. Rozpiętości w zarobkach są zbyt duże. Urzędnicy na wielu stanowiskach często dostają więcej niż urzędnicy państwowi na podobnym szczeblu. Jak spojrzymy na dochody osób pełniących funkcje kierownicze w samorządach, to może to być nawet kilkanaście tysięcy złotych brutto. A więc tyle, ile zarabia średni szczebel korporacyjny - zwraca uwagę Paweł Soloch, ekspert Instytutu Sobieskiego ds. administracji i podsekretarz stanu w MSWiA w latach 2005–2007.

Analityk wskazuje również na niedostateczną kontrolę dochodów samorządowców. Wielu prezydentów miast zasiada w radach nadzorczych albo mają drugie etaty, np. na uczelniach. A przykładowo dyrektor departamentu w jakimkolwiek ministerstwie nie może sobie na to pozwolić - dodaje.

Samorządowcy zgodnie podkreślają, że największą niewiadomą na kolejne lata są dla nich działania ustawodawcy, który może na różne sposoby wymuszać na lokalnych władzach np. stworzenie dodatkowych etatów. Wierzę, że zgodnie z zapowiedziami premier Ewy Kopacz powstanie specjalny zespół, który dokona audytu legislacyjno-finansowego samorządów. Ten audyt wykaże, gdzie są największe problemy i jak je rozwiązać - mówi burmistrz Gołdapi.

ZOBACZ TAKŻE: Walka z systemem informatycznym PKW. Wyników wciąż jeszcze nie ma. RELACJA NA ŻYWO>>>