Latem 1955 roku grupa aktywistów Organizacji Harcerskiej Związku Młodzieży Polskiej pojechała na wyspę Wolin. Instruktorzy - studenci Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Warszawie - Jacek Garwacki, Stanisław Czubaty i Jacek Kuroń przyjechali tam z gotowym pomysłem na harcerstwo. Aktywiści mieli po 12-13 lat, zastępowi - 15, kadra instruktorska trochę ponad 20. Obóz przygotował Zarząd Stołeczny Związku Młodzieży Polskiej. Pedagogicznym wzorem dla grupy Kuronia miała być metoda Antona Makarenki. Ten radziecki pedagog głosił tezę, że wychowanie młodzieży powinno być przystosowane do ogólnych zasad budowania komunizmu. Najważniejszy więc był kolektyw gotowy do pracy i poświęceń. Ponadto należało okazywać szacunek każdemu członkowi kolektywu. W porewolucyjnej Rosji pojawiła się plaga młodocianych przestępców - bezprizornych, wędrujących po kraju całymi watahami. Makarenko postanowił się z nim zmierzyć. Robił obławy na bezprizornych na dworcach, obstawiał trasy pociągów dalekobieżnych, bo uważał, że tam właśnie znajdzie takich, którzy wędrują w poszukiwaniu przygody, a potem próbował ich wychowywać. Makarenko wierzył, że człowiek jest z natury dobry, tylko okoliczności czynią go złym. Sposobem na wychowanie było wyznaczenie wspólnego celu działania, ambitnego, niezwykłego, lekko przerastającego możliwości grupy. Makarenko zakładał kolonie dla młodzieży, w których pobyt był dobrowolny.

Na Wolinie pierwszym celem było zbudowanie obozu. Zarząd Stołeczny ZMP zakwaterował harcerzy w zrujnowanym w czasie wojny miasteczku w budynkach szkoły rolniczej. Niestety, dla kilkudziesięciu dzieci brakowało łóżek i koców. Rozwiązanie problemu miało przyjść samo - w magazynie szkoły znalazły się stare namioty, ze spółdzielni produkującej sieci rybackie harcerze otrzymali ścinki lin potrzebne do rozciągnięcia płótna, z tartaku deski na prycze. W ten sposób zbudowali obóz z prawdziwego zdarzenia. W zdziczałym parku nad Zalewem Szczecińskim stanęły namioty.

Prawda i kolektyw

Początkowo byli tylko zespołem obozowym. W 1956 roku powołali Krąg Walterowski, a kilka miesięcy później międzyszkolną drużynę. Minęły dwa lata i drużyna przekształciła się w hufiec. Przez obóz przeszło kilka tysięcy dzieci i młodzieży.

Drużyny były koedukacyjne i skupiały dzieci w różnym wieku, a zamiast rywalizacji wprowadzono opiekuńczość i współdziałanie. Wspólne były kanapki, menażki, łyżki, koce. Razem budowano obóz, stawiano prycze, gotowano, cerowano ubrania, przyszywano guziki. Gdy wędrujący zastęp dochodził do studni, przy której był jeden kubek, najmłodszy i najsłabszy pił pierwszy, najsilniejszy - ostatni. Tempo wycieczek dostosowywano do maluchów. Jeśli podczas biwaku brakowało jedzenia dla wszystkich, nie jedli najstarsi; kadra nie mogła pójść spać, jeśli nie spały wszystkie dzieci. Jacek Kuroń pisał po latach: "Błąd, jaki popełnił Makarenko, to było szkolenie dowódców. U nas każdy obozowy dzień miał innego, obieralnego dowódcę, a przywilej wydawania poleceń łączył się z pracą: chłopiec sprzątający namioty mógł wyrzucić z nich każdego, nie wyłączając instruktora i dowódcy dnia. Dzięki temu każdy walterowiec był ważny, na każdym ciążyła odpowiedzialność, dla nas powód do dumy."

Najważniejszy był kolektyw. Mógł on usunąć dowódcę dnia, zmienić polecenia instruktora (jeśli nie dotyczyły bezpieczeństwa, zdrowia bądź gospodarki obozu). Kolektyw wymierzał kary: najwyższą był nakaz zdjęcia czerwonej chusty. Mówiono sobie w oczy wszystko, a na wieczornych podsumowaniach wspólnie oceniano upływający dzień, zdarzały się napomnienia i nagrody. Jeden z walterowców opowiadał po latach, jak to dokładnie wyglądało: "W moim zastępie jeden chłopiec zjadł potajemnie cukierka, który był wspólną własnością. Wtedy do masztu przymocowano dwie puszki. W jednej były cukierki dla wszystkich; każdy brał po trzy, bo tyle się należało. Do drugiej wrzucaliśmy cukierki dla chłopca, który wyłamał się z kolektywu. Musiał je zjeść sam, nie mógł się z nikim podzielić. Nienawidził tych cukierków, ale jadł. To my wymyśliliśmy taką karę i nikt, prócz nas, nie mógł jej zmienić."

Absolutną normą było mówienie prawdy. Na przykład jeśli zastępowy, a nawet dorosły instruktor zarzucił komuś wypływanie poza dozwolony teren, a oskarżony się nie przyznawał, wierzono oskarżonemu.

Rok po obozie na Wolinie w Gliniku koło Gorzowa Wielkopolskiego uchwalono konstytucję walterowską. Zapisano w niej nadrzędność zespołu nad jednostką, samorządowy ustrój drużyn, zakaz donosicielstwa, a nawet listę przekleństw (sirota, patafian, neptek itp.) dozwolonych walterowcom. W konstytucji pisano również: "Jesteśmy pokoleniem, które będzie żyło w Polsce socjalistycznej. Nie socjalizmu <drętwej mowy> i pustych sloganów, ale socjalizmu szczęśliwego życia. […] Po to, abyśmy mogli żyć w czasach socjalizmu, musimy stać się godnymi tamtych czasów. Musimy o te czasy walczyć. Wiele wokoło nas zła. Musimy stanąć do walki z tym, co złe. Wiele złego jest w nas. Musimy i z tym złem walczyć. […] My chcemy walczyć o szczęście wszystkich ludzi. To znaczy o ideę. To znacznie trudniejsza walka, ale najwspanialsza." W Gliniku harcerze pracowali w spółdzielni produkcyjnej. W deszczu zwozili porzucone przez etatowych pracowników zboże z pól. Demonstrowali w ten sposób swój stosunek do pracy i własności.

Władza rozwiązuje walterowców

Na zjeździe w Łodzi w 1956 roku Organizację Harcerską przekształcono w Związek Harcerstwa Polskiego. Do ZHP przyszli przedwojenni instruktorzy, członkowie Szarych Szeregów, harcerze z drużyn rozwiązanych w 1948 roku. Także walterowcy stali się częścią ZHP. Wkrótce pojawiły się niesnaski ideologiczne między "starymi harcerzami" a walterowcami, wspieranymi przez ówczesne władze. Ministerstwo Oświaty wpadło nawet na pomysł, aby model stosowany przez walterowców narzucić całemu ZHP. Jednak poparcie władzy nie trwało zbyt długo.

W 1961 roku władza zdecydowała się rozwiązać drużyny walterowskie - ich niezależność i nieobliczalność nie dawały się wtłoczyć w żadne schematy - należało tylko znaleźć odpowiedni pretekst. Stał się nim teatr walterowski, który zrodził się spontanicznie na jednym z obozów. Latem 1960 roku Marek Kordos i Jacek Kuroń wymyślili "walczący teatr", który bazował na obserwacji scen rodzajowych. Inscenizowano scenki z życia wzięte, ilustrujące współczesną rzeczywistość. Pomysł przeniesiono do Warszawy. Powstało kilkadziesiąt sztuk o nie najwyższych walorach artystycznych, lecz opowiadających o otaczającej rzeczywistości. Wszystkie dotyczyły szkoły. Bardzo znana stała się piosenka: "Hej szkoło, nie lubimy cię, hej szkoło, ciężko tu i źle. Szkoło, prędko popraw się, czemu w tobie tyle zła? Czemu krótka lekcja wieki trwa? Szkoło, czemuś ty na <dwa>?" Sztuki zebrano w broszurę wydrukowaną na powielaczu. Trafiła ona szybko do wydziału oświaty KC PZPR. Podniósł się straszny krzyk: walterowcy występują przeciw systemowi oświatowemu. Podjęto natychmiastową decyzję - Hufiec Walterowski należy rozwiązać. "Broszura była świetnym pretekstem, choć tak naprawdę rozwiązano nas za samodzielne, krytyczne sądy, co było zabójcze dla tamtego ustroju" - wspominał Jacek Kuroń. "Na moich oczach Krąg Walterowski przekształcił się w partię polityczną rewidującą realny socjalizm. […] Nie chciałem wciągać dzieci w politykę. Musieliśmy się rozwiązać, choć to nie uchroniło od więzień."

Generał Walter

"Walter" to pseudonim Karola Świerczewskiego (1897-1947), generała, doktora nauk wojskowych i działacza komunistycznego. W latach 1936-1938 brał udział w wojnie domowej w Hiszpanii jako dowódca 14. Brygady Międzynarodowej. Podczas II wojny światowej dowodził 2. Armią Wojska Polskiego, a od 1946 roku pełnił funkcję wiceministra obrony narodowej. Zginął 28 marca 1947 roku pod Jabłonkami w Bieszczadach, w walce z oddziałami Ukraińskiej Powstańczej Armii (UPA). Ważną rolę w upowszechnieniu legendy "Waltera" odegrała antologia "Strofy o generale Świerczewskim", film fabularny "Żołnierz zwycięstwa" oraz kilkunastokrotnie wznawiana w PRL-u książka dla młodzieży "O człowieku, który się kulom nie kłaniał" Janiny Broniewskiej.