W wyniku wymiany pakietu akcji w Kompanii Piwowarskiej (28 proc.) na niespełna 4 proc. akcji światowego potentata piwowarskiego koncernu SABMiller poznański biznesmen stanie się czwartym - pod względem wielkości pakietu - akcjonariuszem tej spółki. Dzięki tej wymianie można znowu wycenić wartość zasobów polskiego biznesmena - transakcję oszacowano na 3,7 mld zł. A to oznacza poważne przetasowania na liście polskich miliarderów.

>>> Kulczyk załatwi ci tani kredyt

Teraz więc lista najbogatszych mogłoby wyglądać inaczej - Kulczyk z pewnością od razu wskoczyłby na pozycję lidera. Dotychczasowa "jedynka", czyli właściciel Polsatu Zygmunt Solorz-Żak (w jego portfelu "Forbes" doliczył się 3,9 mld zł) wstrzemięźliwie komentuje powrót biznesowego kolegi: "Jeśli człowiek pracuje dla tego kraju, to dobrze by było, by go za to ceniono. Idealnie jeszcze nie jest, ale mam nadzieję, że będzie lepiej."

To już kolejny wielki dzień w interesach Kulczyka - we wtorek Europejski Bank Inwestycyjny zgodził się na 1 mln euro kredytu dla Autostrady Wielkopolskiej (Kulczyk ma tam 24 proc. udziałów). To pozwoli wystartować z budową kolejnego odcinka autostrady A2 od Nowego Tomyśla do niemieckiej granicy.

Ta dobra passa trwa od poniedziałku - wtedy Kulczyk Holding przejął 58 proc. akcji firmy Pekaes. To jedna z największych firm transportowych w kraju, posiadająca wyjątkowo atrakcyjne nieruchomości m.in. w stolicy. Pekaes notowany jest na warszawskim parkiecie, a to oznacza, że Kulczyk po latach przerwy znowu pojawił się także na naszej giełdzie.

>>> Kulczyk czterdziestym bogaczem w regionie

Na długo? Jan Kulczyk: "Polska zawsze będzie bliska mojemu sercu. Reorganizujemy aktywa, porządkujemy struktury i przygotowujemy się do kolejnych globalnych wyzwań. Wszystkie naszego projekty łączy jedno - polskie korzenie, polscy menedżerowie i Polska jako pole ekspansji."

Pierwszy wyraźny sygnał pojawił się już jesienią. Jan Kulczyk - ku zdziwieniu niektórych uczestników - pojawił się na Forum Ekonomicznym w Krynicy Górskiej. "Oj, był tam obecny, a nawet bardzo obecny" - wspomina były premier Józef Oleksy. Biznesmen zabrał głos w panelu plenarnym, a wieczorem wydał zamknięty koktajl dla szefów gazet o ekonomicznym profilu. Oleksy: "To dobry znak, bo za czasów PiS, kiedy panowała atmosfera prawdziwej grozy, był przecież pod pręgierzem. Nie ma co udawać, bo zmiana rządu wyraźnie poprawiła atmosferę."

Prawda jest jednak taka, że Kulczyk długo nie miał powodów do narzekań. Działał nieco wbrew żelaznej zasadzie finansjery - "duże pieniądze lubią spokój, a wielkie - ciszę". Jako sponsor kulturalnych wydarzeń, m.in. festiwalu gwiazd w Międzyzdrojach, co kilka tygodni trafiał na pierwsze strony gazet otoczony kulturalną śmietanką kraju. W kolorowych magazynach zapewniał, że nie musiał kraść pierwszego miliona, bo dostał go od ojca (potem, gdy życie biznesmena zaczęła filtrować sejmowa komisja śledcza, okazało się, że ojciec współpracował z SB).

Za rządów lewicy kupił poznańskie browary, za prawicy pośredniczył w prywatyzacji Telekomunikacji Polskiej. Gdy w 2001 r. upadał rząd AWS, Kulczyk wpadł na imprezę SLD z Aleksandrem Kwaśniewskim. "Ja każdego prezydenta kocham" - mówił z uśmiechem do gości zaskoczonych tą woltą. Tzw. warszawka dowcipkowała wtedy, jaka jest ulubiona biżuteria ówczesnej prezydenckiej rodziny. "To <kulczyki>" - żartowano. Ale nikt nie miał wątpliwości, że z powodu tej miłości ktoś tu stracił głowę. Przeciwnie - biznesmen bardzo trzeźwo kalkulował, że za rządów lewicy uda mu się zrealizować dwa wielkie projekty - przejąć kontrolę nad kolejną branżą, czyli sektorem energetycznym i naftowym.

>>> Kulczyk u Pawlaka pytał o iracką ropę

Ale poślizgnął się i zamiast stać się pierwszym polskim szejkiem, trafił przed komisję śledczą, która wyjaśniała kulisy walki o przejęcie władzy nad polskimi spółkami obracającymi polską ropą. To musiało być jedno z jego najtrudniejszych życiowych doświadczeń - Kulczyk zresztą długo się ociągał i początkowo zasypał posłów zwolnieniami lekarskimi z amerykańskiego szpitala, choć dziennikarze szybko ustalili, że biznesmen w żadnym szpitalu nie leży. Potem do mediów wyciekły tajne notatki wywiadu, z których wynikało m.in., że biznesmen obiecał szefowi rosyjskiego koncernu pomoc w przejęciu polskiego rynku naftowego (Kulczyk wszystkiemu zaprzeczał). Badano, dlaczego, jako właściciel drobnego pakietu akcji PKN Orlen, miał tak wielki wpływ na politykę koncernu. Szczegółowo analizowano każdą minutę spotkania biznesmena z rosyjskim agentem Władimirem Ałganowem (to wtedy Kulczyk miał się powoływać na swoje słynne wpływy "u prezia"). A on kluczył, mówił, że leciał na spotkanie do Wiednia, ale nie bardzo wiedział, z kim ma się spotkać. Ałganowa nie kojarzył. Mało kto mu wierzył, do akcji wkroczyła prokuratura.

Zanosiło się na prawdziwą katastrofę, przynajmniej wizerunkową, bo niemal każda kolejna odsłona afery Orlenu drastycznie osłabiała notowania biznesmena. Wiesław Kaczmarek, były minister skarbu z SLD, który najprawdopodobniej właśnie Kulczykowi zawdzięcza utratę rządowej posady, mówił bez ogródek: "To rozsiewacz prowokacji."

I opowiadał na przykład, że gdy Kulczyk stracił szansę na kupno grupy elektrowni w północno-zachodniej Polsce, na mieście pojawiła się plotka, że minister skarbu zainkasował za to pokaźną łapówkę. Kto wypuścił plotkę? Kaczmarek miał tylko jeden typ i mówił o tym publicznie: "To Jan Kulczyk."

Biznesmen szybko trafił na celownik ówczesnej opozycji, czyli PiS. W środku kampanii wyborczej w telewizyjnej reklamówce widzowie zobaczyli twarz uśmiechniętego Kulczyka jako symbol degeneracji III RP. Spot był naprawdę mocny - towarzyszyli mu Lew Rywin (dwa lata więzienia za płatną protekcję) i Andrzej Pęczak (jeden z baronów SLD oskarżony o korupcję). Jeden ze znajomych Kulczyka opowiadał nam wtedy: "To był szok i ja się nie dziwię, że tak strasznie to przeżył. Rywin ma wyrok, Pęczak siedzi, a na Jana nie ma przecież nic. Nie powstał jeszcze nawet raport komisji śledczej."

Z powodu kłopotów musiał zawiesić prezesurę Polskiej Rady Biznesu. Po kilku miesiącach wrócił, poinformował, że niczego mu nie udowodniono i jest gotów dalej prowadzić tę organizację. Ale nie wszyscy to zaakceptowali - Janusz Palikot, który słynął wtedy tylko ze swych biznesów na rynku alkoholi, w ramach protestu wystąpił z rady. Tłumaczył nam: "Kulczyk stał się uosobieniem nieprawidłowości w polskim życiu gospodarczym. Niech zbuduje fabrykę na zielonej trawie, jak my wszyscy, i zainwestuje pieniądze."

Tymczasem majątek Kulczyka topniał w oczach, przynajmniej według polskich rejestrów, a on sam częściej widywany był w Londynie niż w kraju. Zniknął z kolorowych magazynów, jego londyńskie życie zaczęły za to z pasją śledzić brukowce. Pozbył się udziałów w PKN Orlen, odsprzedał pakiet akcji Telekomunikacji Polskiej. Choć ostatecznie prokuratorskie śledztwa utknęły (Rosjanie odmówili np. pomocy w kwestii spotkania z rosyjskim agentem), atmosfera długo nie była przychylna. "A czy jest ktoś, kto przez komisję śledczą przejdzie suchą nogą?" - nie dziwił się wtedy Cezary Stypułkowski, ówczesny prezes PZU SA.

Według światowej finansjery są dwa wyznaczniki prawdziwej, biznesowej wartości: porządny jacht i wysokiej klasy odrzutowiec. Stosując te kryteria, światowa finansjera podobno kojarzy tylko dwa nazwiska z Polski: Zygmunta Solorza, który podróżuje po świecie supernowoczesnym Global Expressem, i Jana Kulczyka, który ma trzypiętrowy jacht z lądowiskiem dla helikopterów. Właśnie tym jachtem zacumował przed rokiem w Monte Carlo, gdzie ścigał się Robert Kubica. Na jego cześć biznesmen wywiesił na rufie biało-czerwoną flagę. Wystarczy wspomnieć, że w komisji śledczej zarzucano mu paktowanie z Rosjanami, którzy chcieli przejąć polski rynek paliwowy, a wtedy staje się, zrozumiałe, że gest ten mógł niektórym rzucać się w oczy.