W policyjnej operacji o kryptonimie "Warszawa" ochrona ambasady nie była oznaczona jako specjalna "podoperacja". Inaczej było przy okazji poprzednich Marszów Niepodległości, gdy dowodzący operacją uznawali właśnie ambasadę za miejsce "szczególnie zagrożone". W efekcie budynek przedstawicielstwa dyplomatycznego Rosji był chroniony barierkami i szczelnym kordonem policji. Chcieliśmy dowiedzieć się, dlaczego tym razem zapadły inne decyzje i gdzie one zapadły: w komendzie stołecznej czy komendzie głównej.

- Całe zabezpieczenie było operacją komendy głównej, tam należy kierować pytania - usłyszeliśmy od jednego z funkcjonariuszy komendy stołecznej. Następny telefon wykonaliśmy do rzecznika prasowego komendanta głównego Mariusza Sokołowskiego. - Decyzja o niewyznaczaniu pododcinka na Belwederskiej wynikała z przyjętej przez nas taktyki działania. W skrócie polegała ona na niewystawianiu dużych sił policji, aby uniknąć podejrzeń o prowokowanie. Byliśmy jednak zawsze w pobliżu, aby móc błyskawicznie zareagować tam, gdzie to było konieczne - wyjaśnia inspektor Sokołowski.

Jednak pod Ambasadą Rosji nie udało się wystarczająco szybko zareagować i spłonęła budka wartownicza oraz sama brama.

- Komendant główny zlecił analizę wszystkich decyzji podejmowanych w związku z operacją "Warszawa" - dodaje Sokołowski. Z informacji policji wynika, że funkcjonariuszom udało się już zatrzymać osobę podejrzewaną o dokonanie tych podpaleń. Zgromadzone dowody ich winy będzie musiała ocenić teraz prokuratura.

Policja dysponowała wystarczającą liczbą funkcjonariuszy, aby taki stały kordon wokół ambasady utworzyć. Z całego kraju ściągnięto 21 pododdziałów prewencji - w sumie około dwóch tysięcy dodatkowych funkcjonariuszy. To porównywalne siły wyłącznie z tymi ściągniętymi na warszawskie mecze podczas Mistrzostw Europy.

Sami Rosjanie domagają się od polskiego rządu zdecydowanych działań. - Będziemy domagać się przeprosin i zadośćuczynienia za wyrządzone szkody. Nie chodzi o to, na jaką sumę są straty, sytuacja jest znacznie bardziej poważna - oświadczył ambasador Rosji Aleksander Aleksiejew. - W ostatnich latach miał miejsce tylko jeden atak na rosyjską placówkę dyplomatyczną i było to w Libii - zaznaczył ambasador.

Już w poniedziałek wieczorem premier Donald Tusk sugerował, że policyjna operacja nie była przeprowadzona wystarczająco skutecznie. Wczoraj minister spraw wewnętrznych Bartłomiej Sienkiewicz uznał, że ogólnie ocena operacji jest dobra, ale zdarzały się incydenty, które należy wyjaśnić. A podpalenie nazwał barbarzyństwem i zdziczeniem.

- Hierarchia policyjna zareagowała jak zawsze: trwa polowanie na winnych. Mają problem, czy wystarczy ściąć jakiegoś niskiego oficera, czy trzeba będzie wyrzucić komendanta stołecznego, a może głównego. Wszystko zależy od premiera, który zapowiedział spotkanie z Ministerstwem Spraw Wewnętrznych - mówi jeden z dobrze zorientowanych oficerów.

Jednak według naszych informacji szczegółowe plany operacji "Warszawa", jak i cała strategia działania policji, były konsultowane z Ministerstwem Spraw Wewnętrznych. To tam także zapadły najważniejsze decyzje.

Ale również decyzje podejmowane na bieżąco, już w samym sztabie Komendy Stołecznej Policji, budzą wątpliwości. Na swojej stronie internetowej stołeczna policja umieściła komunikat o przebiegu operacji, w którym znajdują się takie zdania: W dzisiejsze zabezpieczenia włączyli się także policjanci Zespołu Antykonfliktowego Policji. Kilka godzin przed rozpoczęciem Marszu Niepodległości skontaktowali się z mieszkańcami squatu przy ul. Skorupki. Przekazali informacje o zaplanowanym na dziś marszu. Proszono, aby ze względów bezpieczeństwa mieszkańcy opuścili budynek na czas przemarszu.

- Skoro policjanci wiedzieli, że to miejsce zagrożone już dużo wcześniej, to czemu dopuszczono do przedarcia się właśnie pod ten budynek agresywnych uczestników marszu? - dziwi się jeden z naszych rozmówców.