Sprawa wydaje się przesądzona, jest to obecnie najbardziej prawdopodobny scenariusz dotyczący zakupów śmigłowcowych dla polskiej armii. Najpewniej kupimy 24 śmigłowce uderzeniowe AH-64 Apache. Mniej więcej jedna trzecia ma być tzw. zakupem z półki, czyli po prostu śmigłowcami kupionymi od amerykańskiego Boeinga. Pozostała część ma zostać zmontowana w Wojskowych Zakładach Lotniczych nr 1 w Łodzi (WZL-1). Jak usłyszeliśmy z dwóch niezależnych od siebie źródeł (cywil i wojskowy), sprawa wyboru apaczy ma być ogłoszona jeszcze przed lipcowym szczytem Sojuszu Północnoatlantyckiego w Warszawie.

O to, jak mocno zaawansowane są rozmowy w tej sprawie, zapytaliśmy resort obrony. – Zakończono opracowywanie wymagań taktyczno-technicznych i do końca czerwca zostanie podjęta decyzja o trybie pozyskania śmigłowców uderzeniowych. Jeżeli takie rozmowy są prowadzone, to odbywają się bez udziału MON. Pytanie to należy kierować do PGZ, gdyż to ona rozmawia z Boeingiem w sprawie współpracy – wyjaśnia Bartłomiej Misiewicz, rzecznik Ministerstwa Obrony Narodowej.

W Polskiej Grupie Zbrojeniowej wczoraj na temat programu Kruk nikt nie chciał rozmawiać.

Boeing Defense, Space & Security nie komentuje rozmów ani negocjacji przed podpisaniem ostatecznego porozumienie. – Ale jesteśmy mocno zainteresowani programem „Kruk”. Chcemy zwiększać możliwość obronne Polski, wzmacniać polsko-amerykańskie relacje wojskowe oraz dalej rozwijać naszą współpracę z polskim przemysłem zbrojeniowym – stwierdza Stanley Prusinski, dyrektor Boeinga na Europę Środkowo-Wschodnią.

W postępowaniu na śmigłowiec uderzeniowy oferty zgłosiły cztery firmy.

Boeing zaoferował śmigłowiec AH-64 Apache, Bell – inna amerykańska firma – maszynę AH1Z Viper, francuski Airbus Tigera, a turecki TAI statek powietrzny o nazwie T 129 Atak (zrobiony na bazie włoskiej Mangusty). Procedura zakupu tego typu śmigłowców została przyspieszona po tym, gdy Rosja najechała Ukrainę. Obecnie wszyscy czterej oferenci deklarują, że w razie wygranej polski przemysł na pewno wiele zyska, a ich śmigłowce mogą być montowane nad Wisłą.

Cena śmigłowców zależy w dużej mierze od uzbrojenia, wyposażenia i pakietu logistycznego. W 2014 r. armia amerykańska za jeden egzemplarz AH-64 w wersji E płaciła 35 mln dol. Ale to było bez pakietu logistycznego. Z kolei pod koniec ubiegłego roku na zakup 22 śmigłowców bojowych Apache i 15 ciężkich transportowych Chinook zdecydowały się Indie. Wartość tej transakcji to 2,5 mld dol., czyli ok. 9,5 mld zł. Polski kontrakt może oscylować wokół 5–6 mld zł.

– Apacz to najdroższy wybór z czwórki śmigłowców, które są nam proponowane. Ale jest to produkt sprawdzony i dojrzały – ma już kilka generacji. W ciekawy sposób kupowały go od Amerykanów Indie. Część w ramach programu międzyrządowego Foreign Military Sales, a część w ramach umowy bezpośredniej z Boeingiem. Dzięki temu mieli znaczne korzyści gospodarcze, które wynegocjowali bezpośrednio z producentem – wyjaśnia Mariusz Cielma, analityk ds. bezpieczeństwa z portalu DziennikZbrojny.pl.

– Zaskakujące jest to, że rozstrzygnięcie w sprawie śmigłowców uderzeniowych ma nastąpić jeszcze przed wyborem maszyn wielozadaniowych – mówi jedno z naszych źródeł. W sprawie produkowanych przez koncern Airbus caracali nic nie jest jeszcze przesądzone i wciąż trwają negocjacje w Ministerstwie Rozwoju. – Prowadzimy rozmowy z WZL-1 na temat umowy dotyczącej powstania linii pełnego montażu caracali – deklaruje Guillaume Steuer, rzecznik prasowy Airbus Helicopters.

W tym wypadku najbardziej prawdopodobny scenariusz (obecnie w Ministerstwie Obrony Narodowej trudno jest mówić o czymś na pewno, dopóki nie jest to zatwierdzone przez kierownictwo resortu, a koncepcje zmieniają się często) to podzielenie zamówienia pomiędzy kilku dostawców. Prawdopodobnie kupionych zostanie kilka – kilkanaście caracali (być może wersja dla wojsk specjalnych) oraz większa liczba blackhawków produkowanych w Mielcu. Z kolei zakłady w Świdniku w tym scenariuszu będą mogły się cieszyć z kontraktu na śmigłowce Głuszec. Chodzi o to, by każdy z polskich zakładów miał zamówienia. Z drugiej strony – związkowcy ze Świdnika i Mielca jasno sygnalizowali, że w przypadku braku kontraktów dadzą wyraz swojemu niezadowoleniu.