Dziennik Gazeta Prawana logo

Fałszywy konsensus

29 marca 2008, 04:02
Ten tekst przeczytasz w 9 minut

Głosami Bronisława Łagowskiego i Andrzeja Rycharda kontynuujemy dyskusję o rzeczywistych i pozornych różnicach pomiędzy Platformą Obywatelską a Prawem i Sprawiedliwością. Debatę rozpoczął Rafał Matyja, stawiając w swoim tekście "Ślepa uliczka" ("Europa" nr 205 z 8 marca br.) mocną tezę, że w gruncie rzeczy obie najważniejsze partie zastąpiły uprawianie polityki budowaniem wizerunku. Myśl Matyi podejmowali i polemizowali z nią Edmund Wnuk-Lipiński, Zdzisław Najder i Ireneusz Krzemiński. Dziś prezentujemy dwa całkowicie odmienne poglądy na ten temat. Bronisław Łagowski argumentuje, że głównym politycznym grzechem PiS i PO nie jest nadmierne skoncentrowanie na wskaźnikach poparcia w miejsce podejmowania rzeczywistych wyzwań, lecz zbudowanie fałszywego postsolidarnościowego konsensusu. Zdaniem Łagowskiego obie partie konsekwentnie dążyły do wyeliminowania tych sił i ugrupowań, które nie legitymują się solidarnościowym rodowodem. W efekcie polska scena polityczna przestała być pluralistyczna. Odmienna retoryka dominujących partii - to, że PO w większym stopniu niż PiS przestrzega form grzecznościowych przyjętych w polityce krajowej i zagranicznej - nie może przesłonić faktu, że z areny publicznej zniknęły rzeczywiste różnice ideowe. Andrzej Rychard rysuje zupełnie inny obraz polskiej sceny politycznej. Jego zdaniem panujące na niej podziały dość dobrze odzwierciedlają zasadnicze różnice dzielące polskie społeczeństwo. PO reprezentuje Polskę spoglądającą w przyszłość, bardziej otwartą i nastawioną pozytywnie do modernizacji, podczas gdy PiS szuka poparcia u tej części społeczeństwa, dla której problemem zasadniczej wagi jest zachowanie dziedzictwa przeszłości. Błędem polityków PiS było jednak uznanie tych podziałów za niemożliwe do przezwyciężenia. Zdaniem Rycharda synteza tych dwóch pozornie nieprzystających do siebie nastawień jest możliwa, czego dowodem jest wysokie poparcie dla ratyfikacji traktatu lizbońskiego wśród zwolenników PiS.

p

Szkoda, że do upadku rządów Prawa i Sprawiedliwości doszło już po dwóch latach ich trwania, zanim wyklarowały się różnice ideowe i polityczne pomiędzy tą partią a Platformą Obywatelską. Jak bowiem wiadomo, oba ugrupowania miały rządzić razem, a więc łączył je wspólny mianownik programowy. Do tej pory dzielących je różnic nie widać.

Tę ocenę trzeba jednak uściślić. Rządy PiS w walce z przeciwnikami posługiwały się metodami sprzecznymi z prawem. Na razie Platformie tego zarzucić nie można. Ale instytucje policyjne jak CBA czy też parapolicyjne jak IPN, funkcjonujące poza porządkiem konstytucyjnym, PO utrzymała, a zatem bezprawnych działań w polityce się nie wyrzeka. Ekipa Kaczyńskiego zastawiła zasadzkę na niewygodnego dla siebie wicepremiera i ministra rolnictwa, jakim był Andrzej Lepper, gwałcąc zuchwale prawo. PO ze swojej strony nie wykazuje chęci wyraźnego wyjaśnienia sprawy, ponieważ Leppera nie lubi. Zadania sejmowej komisji śledczej zajmującej się nadużyciami PiS oraz jej skład zostały tak skonstruowane, iż bezprawne działania CBA, a zwłaszcza stojący za nimi polityczni mocodawcy, prawdopodobnie nie zostaną ujawnieni. Według jednoznacznych oraz dwuznacznych oświadczeń polityków Platformy nie powinno się dążyć do unicestwienia PiS, z czego płynie wniosek, że nawet intryga przeciw posłance PO Beacie Sawickiej, gdyby miała okazać się dla PiS zbyt kompromitująca, może nie zostać do końca wyjaśniona. Platforma nie zakwestionowała również działalności IPN, którego realną funkcją jest utrzymywanie miliona ludzi w stanie psychicznego zagrożenia. Tak więc łagodniejsze sposoby rządzenia PO można zawdzięczać jedynie zdrowym cechom psychicznym polityków tej partii, a nie jej zasadom.

Ugrupowanie Kaczyńskich dało dowody wrogości wobec posiadaczy kapitału. Groźby w stosunku do Kulczyka czy Krauzego to tylko czubek góry lodowej. Platforma natomiast uchodzi za partię sprzyjającą biznesowi.

Ale przyjrzyjmy się sprawie bliżej. Uwalnianie przedsiębiorców od drobnych utrudnień biurokratycznych, co stara się robić Janusz Palikot, nie idzie tak daleko, żeby warstwę przedsiębiorców uczynić pełnoprawnym podmiotem pluralistycznego społeczeństwa. Na łamach "Przeglądu" prof. Andrzej Walicki słusznie zauważył, że według polityków PiS w polskim kapitalizmie tak naprawdę przewagę nad posiadaczami kapitału materialnego powinny mieć "wykształciuchy" należące do odpowiedniej partii obozu solidarnościowego, czyli posiadacze symbolicznego kapitału politycznego. Ale dokładnie to samo można powiedzieć o PO. Oba ugrupowania są w gruncie rzeczy wrogie lub niechętne klasie wytwórców dóbr materialnych, a władzą chcą się dzielić tylko z Kościołem i ewentualnie z NSZZ "Solidarność".

Wreszcie, co jest może największym nieszczęściem, obie te partie odcięte są od tradycji politycznego realizmu, zarówno pozytywistycznego, jak i konserwatywnego. W efekcie z trudem przychodzi im rozumieć przyczynowo-skutkowe powiązania faktów zarówno w polityce wewnętrznej, jak i zagranicznej. Ich tło ideowe to woluntaryzm, strywializowany romantyzm, uświęcenie działań pozaprawnych, nieliczenie się z kosztami materialnymi, jednym słowem tkwienie po uszy w najgorszej z polskich tradycji. Na korzyść Platformy trzeba jednak przyznać, że choć prowadzi tak samo błędną politykę jak PiS, to przynajmniej zachowuje przyzwoite formy.

Wraz z przejęciem steru władzy przez PO często się słyszy o jakościowej zmianie polityki zagranicznej. Koronnym argumentem jest rzekome usztywnienie postawy wobec USA. To jednak tylko gra na zwłokę. I Platforma, i PiS są przecież zgodne co do tego, iż gwarantem naszej niepodległości i naszego bezpieczeństwa pozostaje Ameryka. Podobnie jest w kwestiach europejskich. Traktat lizboński wynegocjowała jedna partia, a ratyfikować chce go druga. A teraz pozorują one między sobą spór w tej sprawie. Oczywiście PO jest bardziej proeuropejska, co może mieć pewne znaczenie. Ale jednocześnie to, że PiS opowiada się za Europą państw narodowych, a Platforma skłania się raczej ku ściślejszej integracji, nie ma akurat znaczenia, bo rozstrzygnięcie tego problemu nie zależy od Polski.

Nie można jednak pomijać tego, iż w polityce zagranicznej niemałą rolę odgrywa przestrzeganie form grzecznościowych. I rzeczywiście Radosław Sikorski w porównaniu z Anną Fotygą wprowadza tu pewną nową jakość. Chociaż i jemu zdarza się popełniać gafy słowne. Natomiast PiS stosowało chamskie zachowanie jako środek zastępujący realne atuty - jako środek nacisku na inne rządy nieprzyzwyczajone do takiego zachowania.

W Polsce mamy obecnie system jednopartyjny, a przynajmniej jednoobozowy. Podział na partie postsolidarnościowe jest w istocie podziałem na frakcje w jednym obozie. To nie są zasadnicze różnice międzypartyjne. Podział na PO jako ugrupowanie bardziej liberalne i na PiS jako bardziej socjalne występuje wyłącznie w sferze retoryki, bo w praktyce polityka gospodarcza obu partii jest taka sama. Odmienne retoryki używane są wyłącznie w celach wyborczych i demagogiczno-uwodzicielskich.

Platforma i PiS niejako instynktownie starają się usunąć ze sceny politycznej i medialnej wszystkie siły, które nie mają solidarnościowego rodowodu. W tej sytuacji lewica postpeerelowska funkcjonuje jako przyzwoitka mająca świadczyć o tym, iż w Polsce działa system wielopartyjny. W tym wszystkim traci ona orientację. Zdążyła już rozczarować swoich wyborców - co jest tu najistotniejszym czynnikiem - przyjmując punkt widzenia obozu postsolidarnościowego. SLD nie występuje w obronie interesów swoich wyborców - ani interesów materialnych, ani symbolicznych.

Pojawia się zatem pytanie, czy społeczeństwo znajduje swoją reprezentację w dominujących dwóch ugrupowaniach i czy jest ono do tego stopnia ujednolicone, że obóz postsolidarnościowy może wyrażać jego nastroje i interesy. Otóż nie. Propaganda wielkich mediów, zwłaszcza państwowych, ale także prywatnych, ma charakter konfrontacyjny, tropi wroga, cały czas występuje przeciw komuś i czemuś. Nie sprowadza się ona wyłącznie do afirmacji obozu rządzącego, uprawia bowiem ostrą kampanię negatywną. W związku z tym bardzo znaczna część społeczeństwa - ta, która poczuwa się do dziedzictwa PRL - czuje się dyskryminowana pod względem symbolicznym, bo traktowana jest przez media jako obiekt potępień. Ale partia postkomunistyczna nie nawiązuje z nią porozumienia, tylko lawiruje w taki sposób, żeby nie zostać wypchnięta ze sceny politycznej. I wypchnięta przypuszczalnie nie będzie, tylko po prostu straci poparcie.

Przeświadczenie obozu postsolidarnościowego o tym, że tylko on jest uprawniony do przewodzenia narodowi i państwu, nie jest kwestionowane nie tylko przez SLD, ale i przez PSL. Obie te partie, psychologicznie rzecz biorąc, stoją więc na straconych pozycjach.

p

, ur. 1937, filozof, historyk idei, publicysta. W 1977 roku wydał "Filozofię polityczną Maurycego Mochnackiego" odczytywaną jako manifest specyficznego politycznego realizmu. Wydał zbiory esejów: "Co jest lepsze od prawdy?" (1986), "Liberalna kontrrewolucja" (1994), "Łagodny protest obywatelski" (2001) oraz "Duch i bezduszność III Rzeczypospolitej" (2007). Ostatnio w nr 193 z 15 grudnia 2007 opublikowaliśmy wywiad z nim pt. "Koniec hegemonii szyderców".

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj