Okazało się, że mieszkańcy elitarnych osiedli i apartamentowców są zbyt podobni do siebie, a to nie sprzyja budowaniu kontaktów. Według profesor Marii Lewickiej, psycholog z Uniwersytetu Warszawskiego, która od lat prowadzi badania nad relacjami sąsiedzkimi, im bardziej różnorodna grupa społeczna, tym lepiej układają się te relacje.

To, że podobieństwo nie pomaga potwierdza Piotr Szczepański z Warszawy. Od kiedy zajął się ratowaniem kamienicy, w której mieszka, jest zmuszony do utrzymywania stałych kontaktów z sąsiadami. "Moim największym zaskoczeniem było to, że najgorzej dogadywałem się z osobami, które mają tak jak ja wyższe wykształcenie" - mówi.

Jak wykazały badania w takich zamkniętych społecznościach nie sprawdzają się nawet osiedlowe fora internetowe, które w teorii mają integrować. I owszem, na początku ludzie sobie nawzajem w sieci doradzają, gdzie kupić najlepsze kafelki, gdzie jest najbliższy sklep, przedszkole. Szybko jednak forum staje się platformą nie pomocy sąsiedzkiej, ale miejscem... donosów. Wpisy dotyczą głównie tego, że sąsiad źle parkuje, albo że psy sąsiadki spod czwórki nie noszą kagańca.

Zanik więzi sąsiedzkich dotyczy również blokowisk. Na jednym z gdańskich mieszka Stefan Chwin, prozaik i eseista. Jak podkreśla, zajmuje z rodziną sam szczyt betonowego wieżowca. "Dzięki temu relacje z sąsiadami są sporadyczne, przez to mniej dokuczliwe i dla nas, i dla nich" - mówi DZIENNIKOWI. "Mieszka tu tyle osób, że często nie rozpoznaję twarzy w windzie. I nie specjalnie mi to przeszkadza" - zaznacza. Tłumaczy, że na to, jak kształtował się jego stosunek do sąsiadów, mogły wpłynąć doświadczenia z dzieciństwa.

Mieszkał z rodzicami w takiej dzielnicy Gdańska, gdzie sąsiedzi prowadzili ze sobą nieustanne wojny, na przykład o płot, który w nocy mógł zmienić miejsce położenia. Ciągłe napięcia miały źródło także w pochodzeniu mieszkańców. Część to byli warszawiacy, część wilniuki, a część gdańscy autochtoni. "To była mieszanka z lekka wybuchowa, bo ludzie mieszkali zbyt blisko siebie i ciągle wtykali nos w cudze sprawy. Każdy wiedział, co robią inni" - opowiada Chwin.

Taka bliskość nie przeszkadza jednak Manueli Gretkowskiej, która mieszka w domu pod Warszawą. Badania potwierdzają, że najlepsze kontakty układają się w mniejszych miejscowościach. Pisarka z zaskoczeniem odkryła, że w jej miejscowości kwitnie życie sąsiedzko-towarzyskie. "I to nie dlatego, że mieszkają tu bogaci warszawiacy, którzy przeprowadzili się z miasta. Ale właśnie mieszanka ludzi z różnych środowisk" - mówi DZIENNIKOWI Gretkowska. "Dzięki temu, ja sama dowiedziałam się o wielu problemach, o których nie miałam pojęcia. Pomogło to, że ludzie widzą się w różnych sytuacjach, a nie tylko przez chwilę w windzie."