Niedziela wieczór, godzina 22.20. Mieszkańców w bloku przy ulicy Cynamonowej na Ursynowie budzą krzyki i gęsty dym. Pali się mieszkanie znanego dziennikarza Krzysztofa Ziemca.

Tragedia zaczęła się w kuchni, gdy na kuchence zaczął płonąć garnek z podgrzewaną parafiną - relacjonuje "Fakt". Po chwili ogień przeniósł się na podłogę. Krzysztof nie zastanawiał się ani chwili. W domu była żona i trójka śpiących dzieci. Chwycił rozpalone naczynie i próbował wynieść je na klatkę schodową. W korytarzu pośliznął się i zawartość garnka wylała się na jego ciało.

Dziennikarz zaczął się palić niczym pochodnia. Mimo strasznego bólu myślał o najbliższych. Zaczął pukać do sąsiadów, by pomogli jego rodzinie. To właśnie sąsiedzi rzucili się, by gasić dziennikarza. On mimo poparzeń miał jeszcze siłę, by w domu pootwierać wszystkie okna. Gryzący dym mógł wydostać się na zewnątrz. W tym czasie żona wynosiła z domu śpiące dzieci Olgę, Manię i najmłodszego Frania.

"To prawdziwy bohater i zuch facet, zachował się niesamowicie. Choć był poparzony, myślał o ratowaniu dzieci. Wszystko bolało go strasznie, a on jeszcze otwierał okna" - mówi "Faktowi" Tomasz Sandak, kolega z Telewizji Puls. Chwilę po tragedii Krzysztofa przewieziono do szpitala przy ulicy Czerniakowskiej w Warszawie. W tej chwili leży na oddziale chirurgii plastycznej, ciągle jest na środkach przeciwbólowych, które mają uśmierzyć straszny ból.

Od jego łóżka nie odstępuje ukochana żona Danuta. "Mąż jest w bardzo ciężkim stanie, ciężko jest mu mówić, on się czuje tak, jakby go coś rozrywało od środka, ale wierzę, że będzie dobrze. On jest jak Terminator... Czuję się żoną Terminatora" - powiedziała "Faktowi". "Na szczęście nie ma poparzonej twarzy, może oddychać, mówić. Niestety, nie mogę go w ogóle dotykać, bo jest w opatrunkach, sama muszę być w fartuchu i rękawiczkach" - dodaje Danuta Ziemiec.

Dzieci są w tej chwili u babci, nie odwiedzają taty w szpitalu, codziennie rysują mu laurki i podpisują "Tatusiu, wracaj do domu". "Krzysztof walczy bardzo dzielnie, choć strasznie cierpi. Ma ogromne wsparcie rodziny i przyjaciół. Wszyscy mamy nadzieję, że ten koszmar szybko się skończy" - mówi Tomek Sandak.

Krzysztof Ziemiec pracował w wielu miejscach, ma przyjaciół w innych telewizjach, wszyscy bardzo się przejmują jego wypadkiem. Na jego komórkę przychodzi dziennie kilkadziesiąt SMS-ów ze słowami wsparcia. "Liczba SMS-ów jest nieprawdopodobna, żona codziennie czyta je Krzysiowi" - opowiada przyjaciel dziennikarza.

Krzysztof Ziemiec dwa dni temu miał 40. urodziny. "To straszne, że taki dzień musiał spędzać w szpitalu i do tego tak cierpieć" - dodaje. Dwa dni temu poruszeni znajomi zamówili mszę w intencji Krzysztofa. Wszyscy wraz z arcybiskupem Kazimierzem Nyczem modlili się o jego powrót do zdrowia. "Wszyscy koledzy są bardzo poruszeni. Modlimy się i kibicujemy Krzyśkowi" - mówi "Faktowi" Bogdan Rymanowski, dziennikarz TVN 24. "Na szczęście mamy informacje, że rokowania lekarzy są coraz lepsze" - dodaje. Wszyscy wspierają Krzysztofa jak mogą, są z nim sercem, bo odwiedziny są niewskazane. Dziennikarz leży w specjalnym, sterylnym pomieszczeniu. Znajomi zadbali już o spalone mieszkanie. Specjalna ekipa remontuje zniszczony do cna korytarz, wszystko jest tam czarne i osmolone. Przyjaciele Krzysztofa chcą, by dzieci wróciły do ładnego i czystego domu, by osmolone ściany nie przypominały im niedzielnej tragedii. Krzysztof zostanie w szpitalu kilka miesięcy, potem czeka go długa i pewnie bolesna rehabilitacja.