Dotychczasowe decyzje personalne wskazują, że pierwsze skrzypce w jego administracji będą grać wpływowe postacie z epoki Clintona. Czy osoby te są w stanie pchnąć Amerykę na nowe tory? Zdecydowanie nie - odpowiada świetny znawca amerykańskiej polityki Michael Lind. Clintonowscy Nowi Demokraci to ludzie, których tak naprawdę trudno odróżnić od Republikanów - przynajmniej gdy chodzi o poglądy w sprawach gospodarczych. Ochoczo akceptują ideologię deregulacji głoszoną od lat przez republikańską prawicę. Wielu z nich popierało też interwencję w Iraku i neokonserwatywny program "upowszechniania demokracji". W szeregach Nowych Demokratów próżno szukać zwolenników budowy nowego państwa dobrobytu - ich lewicowość ogranicza się niemal wyłącznie do kwestii kulturowych i obyczajowych. Tymczasem Ameryka potrzebuje czegoś naprawdę nowego przede wszystkim w aspekcie gospodarczym, wskazuje Lind. Kryzys finansowy oznacza plajtę wolnorynkowej ortodoksji, którą Nowi Demokraci starali się gorliwie przyswajać. Nadchodzi epoka nowych wielkich projektów, które będą chronić społeczeństwo przed nadmiernymi zawirowaniami rynku. Kosmetyczne zmiany neoliberalnej ideologii już nie wystarczą.

p

Jakie jest znaczenie zwycięstwa Obamy? Nie sposób oczywiście ocenić prezydentury, która jeszcze się nie zaczęła, chociaż już teraz nie brakuje głosów, że Obama będzie "transformacyjnym" prezydentem na miarę Lincolna czy obu Rooseveltów. Nie jest jednak za wcześnie na przeanalizowanie znaczenia jego wyborczej wygranej.

Epokowe jest już samo to, że przeważająco biała demokracja na czele władzy wykonawczej postawiła potomka dwóch ras. Demokracja liberalna jest silnie zakorzeniona na różnych obszarach świata, lecz wiele, jeśli nie większość, dzisiejszych społeczeństw liberalnych nie życzyłaby sobie, by rządził nimi ktoś, kto nie wygląda jak członek dominującego plemienia. Mimo ich niechlubnej historii niewolnictwa i segregacji rasowej nie można już tego powiedzieć o Stanach Zjednoczonych Ameryki.

Sukces anty-Busha

Ale Obama nie został wybrany dlatego, że naród amerykański postanowił dać światu przykład demokracji ślepej na różnice rasowe. Swoje zwycięstwo zawdzięcza przede wszystkim temu, że tegoroczne wybory miały charakter referendum na temat dwóch katastrofalnych kadencji George’a W. Busha. Czy ich wynik oznacza transformację czy restaurację, to zależy od oceny rządów jego poprzednika. Jeśli prezydentura Busha była aberracją, to zwycięstwo Obamy trzeba uznać za restaurację. Jeśli zaś prezydentura Busha była kontynuacją wcześniejszych tendencji, to wygraną Obamy można potraktować jako początek czegoś nowego.

Moim zdaniem wygraną Obamy należy zakwalifikować do kategorii restauracji, nie transformacji. Prezydentura Busha była aberracją, nawet według norm wyznaczonych przez jego republikańskich poprzedników: Richarda Nixona, Geralda Forda, Ronalda Reagana i Busha seniora. Nixon, Ford i ojciec ustępującego prezydenta byli umiarkowanymi Republikanami, którzy odrzucili takie skrajnie prawicowe pomysły jak demontaż państwa opiekuńczego czy rezygnacja z amerykańskiego powojennego internacjonalizmu liberalnego. Reagan, bohater "ruchu konserwatywnego" zapoczątkowanego w 1964 roku przez Barry’ego Goldwatera, był znacznie bardziej umiarkowany w swoich działaniach niż George W. Bush, który kreował się na spadkobiercę właśnie Reagana, a nie swego ojca.

Prezydenci, podobnie jak premierzy, często są wybierani ze względu na jakąś cechę, której rażąco brakowało ich poprzednikom. Po ośmiu latach partyjniactwa i chaosu elektorat czekał na statecznego męża stanu potrafiącego wznieść się ponad partyjne podziały - innymi słowy, na kogoś takiego jak John McCain.

Kto lepiej od McCaina nadawał się na anty-Busha, kompetentnego technokratę kierującego się zasadą konsensusu? Ponadpartyjne referencje McCaina wydawały się mocne. Zerwał ze swoją partią w takich kwestiach jak globalne ocieplenie i reforma finansowania kampanii wyborczych. W 2000 roku przegrał z George’em W. Bushem walkę o nominację przez swoją niechęć do religijnej prawicy i bardziej podobał się wyborcom niezależnym niż republikańskim. Jego prawyborcze zwycięstwo w 2008 roku było dosyć szczęśliwe - doszło do niego, mimo że większość konserwatystów wolała innego kandydata.

Ale miano anty-Busha zyskał nie McCain, lecz Obama. Ten typowy przedstawiciel lewicowego aktywizmu chicagowskiego przeszedł na pozycje centrowe, brutalnie odcinając się od swojego mentora, radykalnego czarnego pastora Jeremiaha Wrighta, krytykując Sąd Najwyższy za ograniczenie stosowania kary śmierci, przebąkując o możliwości inwazji na Pakistan celem likwidacji Al-Kaidy i głosząc cięcia podatkowe prawie dla wszystkich, a jednocześnie powtarzając jak mantrę hasło "zmian". Tymczasem McCain usiłował się przypodobać twardemu elektoratowi Republikanów, dobierając do prezydenckiego tandemu swojską, ale źle przygotowaną Sarah Palin.

McCain wciąż mógł wygrać, gdyby nie największy kryzys finansowy okresu powojennego. Było oczywiste, że ani McCain, ani Obama, ani nikt inny nie wie, co z tym fantem zrobić, ale w bezlitosnym oku kamery Obama był spokojny i opanowany, a McCain spanikowany i chaotyczny. Młodszy senator znacznie bardziej przypominał wyważonego męża stanu niż starszy.

Polityczny kameleon

Obamę wybrano więc jako anty-Busha. Po objęciu urzędu z pewnością rozczaruje on wielu wyborców. Niech Obama będzie Obamą, powiedzą. Prezydent elekt popełnił dwie autobiografie, ale pozostaje zagadkowy niczym sfinks. Po części wynika to ze skutecznego stosowania kamuflażu. "Barry" Obama, który powrócił do formy "Barack", jest postacią niedookreśloną, trochę kameleonem. To nie musi być wadą. Są politycy ideowi, tacy jak Reagan, Thatcher i Theodore Roosevelt, i są mistrzowscy improwizatorzy, tacy jak Benjamin Disraeli, Churchill i Franklin D. Roosevelt. W obu tych kategoriach trafiają się egzemplarze udane i nieudane. George W. Bush jest politykiem ideowym najgorszego sortu. Upierał się przy złych decyzjach, podczas gdy bardziej elastyczny improwizator by z nich zrezygnował, nie przejmując się zarzutami niekonsekwencji.

U polityka oportunizm może być cnotą, a oportunizm Obamy zapiera dech. Kiedy jego długa znajomość z czarnoskórym nacjonalistą Wrightem stała się problemem, Obama powiedział w transmitowanym przez telewizje wystąpieniu, że nie może wyrzec się Wrighta, tak jak nie może wyrzec się swojej białej babci. Garry Wills ocenił na łamach "The New York Review of Books", że przemówienie to należy postawić w jednym szeregu z orędziem inauguracyjnym Lincolna w 1860 roku. Po paru tygodniach ku zakłopotaniu jego medialnych pochlebców, Obama publicznie wyrzekł się Wrighta, odtrącając go na bok jako przeszkodę na drodze do zwycięstwa. Jedną z wad charakteru George’a W. Busha była niezdolność do poświęcenia przyjaźni dla dobra kraju. Rumsfeld, Wolfowitz i Feith pracowali w Pentagonie jeszcze długo po tym, jak powinni zostać zwolnieni za niekompetencję. Co gorsza, Bush miał taki osobliwy zwyczaj, że jeśli ktoś, komu zlecił znalezienie odpowiedniej osoby na dane stanowisko, zgłaszał samego siebie, prezydent zgadzał się na to. Dick Cheney w gruncie rzeczy sam się wybrał na kandydata wiceprezydenckiego, a Harriet Miers na sędziego Sądu Najwyższego. Obama będzie obsadzał swoją administrację i zarządzał nią innymi metodami.

Egzotyczna koalicja

Jeśli Obama chce przeprowadzić amerykańską nawę państwową przez najeżony katastrofami ocean, musi zmobilizować w sobie cały potencjał makiawelizmu. Chociaż wybory w 2006 i 2008 roku wymiotły Republikanów z Kongresu i Białego Domu, nie dały demokratycznej większości mandatu do rządzenia z pozycji lewicowych. Około jednej trzeciej elektoratu określa się jako konserwatyści, a tylko jedna piąta jako liberałowie czy postępowcy - pod tym względem w ciągu ostatniej dekady niewiele się zmieniło. Z braku masowych nawróceń na liberalizm Demokraci musieli skręcić trochę w prawo. Wybierali senatorów i członków Izby Reprezentantów ze społecznie konserwatywnych i ekonomicznie populistycznych okręgów. Co ważniejsze, przeciągnęli na swoją stronę umiarkowanych, mieszkających na przedmieściach "Republikanów rockefellerowskich", zwłaszcza na północnym wschodzie, gdzie doszło do pogromu prawicowych populistów. Po przejęciu Kongresu przez Republikanów w 1994 roku demokratyczna opozycja stała się bardziej jednorodna i bardziej liberalna. Partia, która teraz odzyskała większość, dokonała tego za pomocą odwrotnego manewru.

Ta polityczna różnorodność stwarza wprawdzie napięcia, ale jest konieczną ceną sukcesu, ponieważ amerykańskie partie większościowe z reguły są egzotycznymi koalicjami. Republikanie pójdą teraz drogą Demokratów z lat 90. i staną się bardziej jednorodni. Nie dostrzegając, że ich ekstremizm wypchnął umiarkowanych do nowej demokratycznej mniejszości, wielu konserwatystów utrzymuje, że wyborcy ukarali Republikanów za odejście od idei taniego państwa. Czyżby? Wyborcy mieliby ukarać rozrzutnych Republikanów, głosując na jeszcze rozrzutniejszych Demokratów? Jeśli pogląd ten zyska status dogmatu, to Partię Republikańską czeka być może długi okres wygnania jako partię reakcyjną z wpływami ograniczonymi prawie wyłącznie do dawnych stanów konfederackich.

Impuls modernizacyjny prawdopodobnie wyjdzie od centrowych gubernatorów dużych, zróżnicowanych stanów, na przykład od Arnolda Schwarzeneggera w Kalifornii. Trudno sobie jednak wyobrazić, by gubernatorzy stanów głosujących na Demokratów i burmistrzowie wielkich miast odebrali władzę nad krajowym aparatem partyjnym Republikanów konserwatystom z Południa i Zachodu.

Tymczasem Kongresowi liberałowie tacy jak speaker Izby Reprezentantów Nancy Pelosi będą musieli pamiętać o nowych segmentach demokratycznej bazy wyborczej: północnowschodnich byłych Republikanach ze środowisk biznesu i specjalistów, jak również "Demokratach reaganowskich", przeciwnikach aborcji i ograniczenia prawa do posiadania broni palnej. Ta różnorodność powinna wzmocnić pozycję Obamy w stosunkach z władzami Kongresu, pozwalając mu rozgrywać poszczególne frakcje przeciwko sobie i w konkretnych kwestiach tworzyć doraźne koalicje Demokratów z częścią Republikanów. W odróżnieniu od Billa Clintona, który przez sześć z ośmiu lat swoich rządów miał naprzeciw siebie republikańską większość, czy Jimmy’ego Cartera, którego relacje z demokratycznym Kongresem od początku źle się układały, Obama będzie miał większe możliwości kształtowania procesu legislacyjnego z Białego Domu niż jakikolwiek prezydent po Lyndonie Johnsonie.

Obama zdobył nominację swojej partii, ponieważ zyskał poparcie dwóch ważnych skrzydeł postclintonowskich Demokratów: lewicowych grup bojowników jednej sprawy oraz probiznesowych Nowych Demokratów z sektora finansowego, internetowego i medialnego. Ruch związkowy, który kiedyś definiował lewicę, ma mało energii i środków w porównaniu ze zorganizowanymi ruchami feministycznymi, murzyńskimi, latynoskimi, gejowskimi, lesbijskimi czy ekologicznymi, które są finansowane nie przez zwykłych obywateli, lecz przez bogate fundacje. Z pomocą prawicowych federalnych i stanowych polityków oraz sędziów biznes prawie doszczętnie wytrzebił ruch związkowy w sektorze prywatnym, gdzie do związków zawodowych należy co dziesiąty pracownik (w sferze budżetowej co trzeci). W amerykańskim ruchu związkowym dominują zatem organizacje z sektora publicznego, z których najważniejszy jest związek nauczycielski. Prawe skrzydło Partii Demokratycznej jest raczej libertariańskie niż konserwatywne. Jego członkowie są zwolennikami integracji rasowej i praw gejów, ale popierają również (a przynajmniej do niedawna popierali) wolny rynek, wolny handel i deregulację, z czym łączyła się niechęć do związków zawodowych.

Tworząc koalicję lewicowych ruchów ideowych z neoliberalnymi Nowymi Demokratami z Wall Street i wolnych zawodów, Obama idzie w ślady Billa Clintona, który zdołał dokonać syntezy liberalizmu kulturowego - homoseksualiści w wojsku, preferencje dla czarnych przy przyjmowaniu na studia i do pracy - z ekonomicznym neoliberalizmem: NAFTA, WTO, peany na cześć globalizacji. Clinton zraził do siebie kulturowo konserwatywnych i gospodarczo populistycznych wyborców i Obama, podobnie jak Gore i Kerry, też nie uzyskał ich głosów.

W okresie kampanii wyborczej wcale nie było oczywiste, że w Partii Demokratycznej jest skrzydło radykalne i neoliberalne w odróżnieniu od zamożnej klasy finansistów i innych specjalistów z obu wybrzeży, która we wtorek sprzeciwia się płacy minimalnej, w środę popiera wydawanie praw jazdy ich zatrudnionym na czarno cudzoziemskim opiekunkom do dzieci i ogrodnikom, a w czwartek szydzi z białej klasy robotniczej jako nieuleczalnych prymitywów. Clinton i Obama wolą termin "postępowy" niż "liberalny" i w wyborze tym jest pewna logika, ponieważ ich zamożna biała baza wyborcza bardziej przypomina elektorat ruchu postępowego z początków XX wieku niż większość stojącą za liberalizmem spod znaku Nowego Ładu w latach 1932 - 1968. Ruch obrony praw człowieka i rewolucje obyczajowe drugiej połowy XX wieku wypchnęły południowych i zachodnich populistów oraz południowych konserwatystów do Partii Republikańskiej.

Gdzie ta lewica?

Rodzi to ciekawe pytanie. Jeśli lewica tradycyjnie wypisuje na swoich sztandarach równość, to w jakim sensie Demokraci są partią lewicy? Obama zdradził się ze swoją pogardą dla białej klasy robotniczej, kiedy na tajnym - jak sądził - spotkaniu z bogatymi sponsorami w San Francisco powiedział, że wyborcy ci, popierający Hillary Clinton, to "sfrustrowani" ludzie, którzy szukają ratunku w "broni palnej, religii" i wrogości do innych od siebie. Nic zatem dziwnego, że Obama pozyskał w tej grupie jeszcze mniej wyborców niż Kerry, nie licząc kilku stanów przemysłowych. Mimo obietnicy cięć podatkowych dla osób zarabiających do 250 tys. dolarów rocznie Obama stracił głosy Amerykanów z przedziału płacowego 50 - 150 tys., czyli klasy robotniczej i średniej. Inaczej niż wszyscy Demokraci po George’u McGovernie w 1972 roku Obama zdobył poparcie zamożnej białej mniejszości i rozgromił przeciwnika wśród mniejszości niebiałych, stracił natomiast białą klasę robotniczą. Jak na partię lewicową jest to dosyć dziwny elektorat: oświeceni bogaci plus pracownicy niewykwalifikowani (głównie imigranci), którzy im usługują, przeciwko rodzimej klasie robotniczej. Wydaje się jednak, że w podobnym kierunku ewoluuje również lewica europejska.

Obecny kryzys gospodarczy stanowi wyzwanie nie tyle polityczne, co intelektualne. Dobra wiadomość dla Demokratów jest taka, że wyborcy wynieśli ich do władzy, ponieważ uważają, że rzeczywistość skompromitowała wolnorynkową ideologię Republikanów. Problem w tym, że w ostatnim okresie demokratyczny establishment przyswoił sobie znaczną część tej ideologii. Obama kandydował jako centrowy technokrata w stylu Jimmy’ego Cartera i Billa Clintona, ale koniunktura na tego rodzaju neoliberalizm już się skończyła.

Znaczna część nowej postępowej elity, której członkowie obsadzą stanowiska rządowe i doradcze w ekipie Obamy, wyznaje utopię deregulacji i rynku z nie mniejszym zaangażowaniem niż libertariańska prawica. To co w Ameryce nazywamy neoliberalizmem, jest ruchem centrolewicowym (a nie konserwatywnym jak w Wielkiej Brytanii), który pojawił się w latach 80. i 90. jako odpowiedź na sukces thatcheryzmu i reaganizmu. Zamiast postulować modernizację gospodarki mieszanej, neoliberałowie próbowali znaleźć sobie miejsce pomiędzy lewicowym "starym liberalizmem" gospodarki mieszanej i wolnorynkowym fundamentalizmem prawicy. Tego rodzaju taktyka była bardziej uzasadniona w Wielkiej Brytanii, gdzie skostniała lewica składała się z roszczeniowych związków zawodowych i dogmatycznych socjalistów niż w USA, gdzie "starzy liberałowie" to byli Demokraci spod znaku Nowego Ładu, którzy w Europie kwalifikowaliby się jako centrowi albo centroprawicowi. Jimmy Carter był bardziej prorynkowy niż Richard Nixon, a Bill Clinton ogłosił, że "epoka rozbudowanych kompetencji państwa dobiegła końca". Z żarliwością neofitów neoliberałowie obiecali urynkowienie funkcji państwa.

Probiznesowa retoryka pozwoliła neoliberałom w USA i w mniejszym stopniu w Wielkiej Brytanii przesunąć bazę wyborczą głównej partii centrolewicowej z ruchu związkowego do finansowych elit z Wall Street i londyńskiego City. W latach 70. centrala związkowa AFL-CIO była największym sponsorem Demokratów. W latach 90. Demokratów utrzymywali przede wszystkim finansiści z Wall Street tacy jak Robert Rubin, sekretarz skarbu za Clintona, którzy lobbowali za krępującymi bankowość inwestycyjną przepisami wprowadzonymi w epoce New Dealu.

Ostatnie pokolenie Demokratów potępiało wszelkie odejścia od wolnorynkowej ortodoksji jako przykłady starego myślenia, które doprowadziło do marginalizacji partii, toteż clintonowscy Nowi Demokraci są prawie w takim samym stopniu jak Republikanie zagubieni w świecie, w którym rządy USA i wielu innych państw były zmuszone w gruncie rzeczy znacjonalizować znaczną część sektora bankowego i ubezpieczeniowego. Dużo się mówi o obamowskim nowym Nowym Ładzie, można by zatem oczekiwać, że za drzwiami czekają hufce "neonewdealerów" z grubymi księgami programowymi, ale ten nurt liberalizmu jest gatunkiem prawie całkowicie wymarłym w instytutach badawczych i katedrach uniwersyteckich. Na wydziałach ekonomicznych najnowsze pokolenie demokratycznych ekonomistów neoklasycznych, takich jak noblista Paul Krugman, konwencjonalny Nowy Demokrata w stylu z lat 90., usilnie marginalizowali wszystkich na lewo od siebie, na przykład neokeynesistów i spadkobierców tradycji ekonomii instytucjonalnej. Znakomici niedogmatyczni myśliciele tacy jak James K. Galbraith giną w tłumie konformistycznych ekonomistów demokratycznych, którzy zinternalizowali wolnorynkowe myślenie o związkach zawodowych i rynku pracy. Na uniwersyteckich kampusach i w instytutach badawczych trudno jest znaleźć jakąkolwiek spójną filozofię postępową, roi się natomiast od "genderów" i innych programów polityki tożsamości.

Twórcy programu Nowych Demokratów, tacy jak Lawrence Summers, od lat krytykują tych, którzy uważają, że Stany Zjednoczone mogłyby sobie przyswoić niektóre elementy europejskiego lub wschodnioazjatyckiego modelu kapitalizmu jako zwolenników "polityki przemysłowej" albo nawet, o zgrozo, "protekcjonizmu". Przeprowadzając tę czystkę, neoliberalna policja myślowa skutecznie ograniczyła zakres społecznie akceptowalnej lewicowej filozofii gospodarczej do następującego miksu: poparcie dla wolnego rynku plus poparcie dla takich usług publicznych jak powszechna opieka zdrowotna oraz lekko redystrybucyjne ulgi podatkowe dla przegranych globalizacji. Na tle globalnego kryzysu ta synteza libertariańskiego kapitalizmu z umiarkowaną socjaldemokracją wygląda naiwnie i anachronicznie, ale nikt jeszcze nie zaproponował alternatywnego projektu. W dzisiejszych warunkach program symbolicznych dotacji i skromnych publicznych inwestycji w infrastrukturę i energetykę wydaje się rozpaczliwie mało ambitny.

Ambitniejsze projekty

Partia Demokratyczna jest w równie kiepskim stanie, jeśli chodzi o koncepcje polityki zagranicznej. Nieliczne idee pochodzą z czasów Clintona i w większości straciły aktualność. Wielu nowodemokratycznych mędrców od polityki zagranicznej poparło wojnę w Iraku i współpracowało z neokonserwatystami w promowaniu "koncertu demokracji", który miał zmarginalizować ONZ, a Chiny i Rosję poddać międzynarodowemu ostracyzmowi. W ciągu minionych ośmiu lat najbardziej przenikliwie krytykowali ustępującego prezydenta nie Demokraci, lecz umiarkowani republikańscy realiści, tacy jak były doradca ds. bezpieczeństwa Brent Scowcroft oraz senator z Nebraski Chuck Hagel, jak również demokratyczny realista Zbigniew Brzeziński. Obama czasem mówi jak umiarkowany realista, ale nie wykluczał ataku na Pakistan i z neokonserwatywną bojowością wypowiadał się na temat Rosji podczas jej konfliktu z Gruzją. Byłoby osobliwe, gdyby Obama, który w kampanii prawyborczej krytykował Hillary Clinton za poparcie wojny w Iraku, obsadził swoją administrację liberalnymi interwencjonistami, którzy uważają, że Stany Zjednoczone atakują za mało krajów i jako jeden z priorytetowych celów inwazji wymieniają Sudan.

Nowodemokratyczny liberalizm odniósł polityczny sukces, przyczyniając się do wygranej Billa Clintona, Tony’ego Blaira i przypuszczalnie także Baracka Obamy, mimo że ten ostatni musiał walczyć z clintonowską machiną partyjną. Na giełdzie kandydatów do posad w administracji Obamy wymienia się mnóstwo byłych clintonistów w większości przekonanych, iż Demokraci muszą nadal udowadniać, że są probiznesowi i chcą odchudzić państwo. Ale jesienią tego roku neoliberalizm stracił rację bytu, kiedy runął intelektualny konsensus wokół wyidealizowanego wolnego rynku.

Nie chodzi o to, że Obama i demokratyczna większość w Kongresie powinni natychmiast ogłosić jakieś wielkie projekty zabezpieczeń społecznych i wydatków publicznych, tak jak się tego domaga część lewicy. Przed podjęciem takich trudnych problemów jak ograniczenie kosztów opieki zdrowotnej i zapewnienie wszystkim Amerykanom ubezpieczenia medycznego prezydent Obama (jeśli chce rządzić przez dwie kadencje) znaczną część pierwszej powinien poświęcić naprawie wolnego rynku - jeśli trzeba to metodą prób i błędów - we współpracy z instytucjami państwowymi, sektorem prywatnym i innymi krajami. Trzonem pierwszego Nowego Ładu z lat 1933 - 1934 była stabilizacja gospodarki podczas Wielkiego Kryzysu. Social security i inne sztandarowe programy socjalne przyszły później w ramach tak zwanego drugiego New Dealu. Ale kiedy nadejdzie sposobna pora, amerykańska lewica nie powinna się bać pełnych rozmachu projektów, tak jak nie bała się ich za Franklina Roosevelta i Lyndona Johnsona. Amerykańska umowa społeczna wciąż wymaga uzupełnienia o powszechną opiekę zdrowotną oraz płatne urlopy rodzicielskie, a społeczeństwo woli proste programy dla wszystkich, takie jak social security i Medicare, niż zabawy z ulgami podatkowymi.

Program zamiast kultu

W ubiegłym stuleciu amerykańska centrolewica przeszła kilka faz mniej i bardziej udanych: ruchy postępowe i populistyczne z początku wieku, odważna synteza Nowego Ładu z okresu 1932 - 1968, powściągliwy, ostrożny neoliberalizm z końca wieku. Za kadencji Obamy centrolewica wejdzie być może w kolejną fazę.

Ruch skupiony wokół Obamy na razie ma charakter raczej kultu jednostki niż ruchu programowego. Obama przewodzi partii, której pomysły na politykę wewnętrzną rażą technokratyzmem, a koncepcje interwencjonistyczne utonęły w kosztach irackiego bagna. Bez wypracowanej centrolewicowej alternatywy w polityce gospodarczej i zagranicznej, a za to z wzajemnie skłóconymi grupami bojowników jednej sprawy - ekologami, feministkami, zwolennikami polityki tożsamości czy pacyfistami - Demokraci pod kierunkiem Obamy będą musieli posuwać się do przodu niezwykle ostrożnie. Zasłużą sobie na zaufanie okazane im przez wyborców, jeśli bezlitośnie odrzucą doktryny z lat 90. i zaczną myśleć z odwagą charakterystyczną dla liberałów z połowy ubiegłego stulecia albo jeszcze wcześniejszych postępowców.

W nadchodzących burzliwych latach Barack Obama i naród, któremu przewodzi, będą mieli multum okazji do tego, żeby pobłądzić, i kilka okazji do tego, by udowodnić swoją wielkość. Przynajmniej tego jednego możemy być pewni.

Michael Lind

p

© Michael Lind,
Prospect December 2008, distr. by NYT Synd.
przeł. Tomasz Bieroń

*Michael Lind, ur. 1962 amerykański historyk, pisarz i dziennikarz. Pracuje w New America Foundation. Publikuje w najbardziej wpływowych i prestiżowych amerykańskich pismach: "New York Times", "Washington Post", "The Atlantic Monthly" i "The National Interest". Jest m.in. autorem książek "The Next American Nation" (1995), "Up From Conservatism" (1996), "What Lincoln Really Believed" (2004) oraz "The American Way of Strategy: U.S. Foreign Policy and The American Way of Life" (2006). W "Europie" nr 202 z 16 lutego br. opublikowaliśmy jego tekst "Katastrofy nie będzie".