Dziennik Gazeta Prawana logo

Ludzie umierają w obronie goryli

22 stycznia 2009, 11:15
Ten tekst przeczytasz w 2 minuty
Strażnik i opiekun kongijskich goryli górskich został zamordowany przez rebeliantów w Narodowym Parku Wirunga. To jedna z ostatnich na świecie ostoi największych ssaków naczelnych, która od kilkudziesięciu lat znajduje się w samym sercu wojny domowej. Na przestrzeni ostatniej dekady w obronie goryli górskich życie straciło tam około 150 strażników.

Wirunga to gęsto porośnięty lasami tropikalnymi masyw górski rozciągający się na granicy Rwandy, Ugandy oraz Demokratycznej Republiki Konga. We wschodniej części tego ostatniego kraju znajduje się najstarszy w Afryce Park Narodowy Wirunga. Żyje tam połowa wszystkich żyjących jeszcze na świecie goryli górskich, największych przedstawicieli ssaków naczelnych. Ta bezcenna ostoja tych najbliżej spokrewnionych z człowiekiem zwierząt od kilkudziesięciu lat znajduje się jednak w samym sercu krwawych walk. "Sytuacja na terenie parku wymknęła się spod kontroli" - mówi "Zielonemu Dziennikowi" Paweł Średziński z WWF Polska. "Wcześniej trwały tam ciężkie walki pomiędzy wojskami rządowymi a rebeliantami generała Laurenta Nkundy. Dziś trwa ofensywa przeciwko rebeliantom Hutu. Ofiarą tych działań stają się nie tylko ludzie, ale i przyroda".

Mimo śmiertelnego niebezpieczeństwa, jakie wiąże się z przebywaniem na tym ogarniętym wojną domową obszarze, pracownicy parku nie opuścili swoich podopiecznych. "Na terenie parku przebywa obecnie 680 strażników" - mówi DZIENNIKOWI rzeczniczka parku Samantha Newport. "Część z nich to ochotnicy, którzy nie otrzymują za swoją pracę żadnego wynagrodzenia. Oficjalna pensja personelu zatrudnionego przez rząd wynosi około 5 dolarów miesięcznie. Dzięki wsparciu organizacji pozarządowych i innych dotacji strażnicy zarabiają 40-50 dolarów" - opowiada Newport. Mimo ciągłego niebezpieczeństwa i tak niskich zarobków, strażnicy od lat bronią goryli górskich przed kulami rebeliantów, często kosztem własnego życia. W ciągu ostatnich dziesięciu lat zginęło aż 150 pracowników parku.

Taki los spotkał również 33-letniego Safari Kakule. Pracował w parku od kilku lat, uczył się i wkrótce miał zostać weterynarzem. Do tragedii doszło w strażnicy parku w Tashiaberimu. Kakule stacjonował tam wraz z sześcioma kolegami, gdy zostali zaatakowani przez kilkunastu rebeliantów Mai-Mai, jednej z wielu bojówek plądrujących zasoby parku. Safari Kakule został postrzelony i zmarł w wyniku poniesionych ran. Zostawił żonę i trójkę dzieci. "Przyjęliśmy tę wiadomość z ogromnym smutkiem, ale jesteśmy zdeterminowani bardziej niż kiedykolwiek, by ochronić jedne z ostatnich pozostałych na ziemi goryli górskich" - mówi dyrektor parku Emmanuel de Merode.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj