Dziennik Gazeta Prawana logo

Skończmy z mitami o polskich stoczniach

5 września 2008, 02:21
Ten tekst przeczytasz w 2 minuty
Marcin Piasecki w DZIENNIKU
Marcin Piasecki w DZIENNIKU/Inne
Politycy PO i PiS wygarnęli sobie we wczorajszej sejmowej debacie o stoczniach wszystko, co możliwe, ale o najważniejszym zapomnieli. Trudno się zresztą dziwić, bo wtedy cała dyskusja straciłaby i dla nich, i dla widzów swój niepowtarzalny smak fałszywego poczucia, że mają tu jakąś moc sprawczą. Że gdyby nie zaniechali tego czy tamtego, zrobili to czy tamto, to stocznie by kwitły. Nie kwitłyby - pisze publicysta DZIENNIKA Marcin Piasecki.

Stawką w tej grze jest tylko (albo aż, bo każde miejsce pracy jest warte zachodu) przetrwanie zakładów. O imperialnych ambicjach zawojowania świata polskimi statkami lepiej zapomnieć, bo przyniosą tylko kolejne straty. Kolejne rządy - od SLD zaczynając - doskonale to wiedzą, choć boją się mówić o tym głośno. Wielki polski przemysł stoczniowy to już przeszłość. To nie wróci. Podobnie jak złote lata tej gałęzi przemysłu w całej Europie. No, chyba że mamy kolejne miliardy do wpompowania w polskie stocznie i pomysł, jak przekonać do tego Komisję Europejską. Ale darujmy sobie ten wątek. Wiemy, że nie mamy.


Wystarczy rzut oka na spis ostatnich dużych kontraktów zawieranych na świecie, by dostrzec, że przemysł ciężki przeniósł się do Azji. Tamtejsza produkcja statków jest tańsza, a i sam proces budowy znacznie szybszy. Polskie stocznie po prostu nie są w stanie tego zrobić, w związku z czym mają coraz mniej zamówień, a te, które mają, realizowane są często poniżej kosztów.

Za tym idzie konieczność dywersyfikacji produkcji, czyli wprowadzenie nowych wyrobów. Dzisiejsi potencjalni inwestorzy, których rozważa Ministerstwo Skarbu Państwa, oprócz budowy statków chcą wytwarzać różnego rodzaju konstrukcje stalowe niezbędne do budowy mostów czy wiatraków do pozyskiwania energii. I mają rację! To jedyna szansa, by stocznie ruszyły z miejsca. Oczywiście jeżeli tylko przetrwają obecny kryzys.

A wina polityków? Jest dużo bardziej skomplikowana niż brak skuteczności kolejnych ministrów skarbu w szukaniu inwestora.


Żaden z dotychczasowych rządów nie znalazł w sobie wystarczającej odwagi żeby wdrożyć sensowną strategię, która najkrócej mówiąc powinna się sprowadzać do prywatyzacji stoczni. Od pewnego czasu rzeczywiście próbuje się to realizować, choć wszystko wskazuje na to, że jest już za późno. Obawiano się związków zawodowych, protestów i reakcji społecznej. Rządy wolały przeczekać kryzysy i oddać tę sprawę następcom. Przez to od kilkunastu lat przemysł ten systematycznie upadał, a gdy było bardzo źle, stocznie dostawały kolejny zastrzyk finansowy z kieszeni państwowej. Zastrzyk mocno demoralizujący.

To też nie wróci. I dlatego dużo bardziej niż szykowane na siebie nawzajem białe księgi zaniechań interesuje mnie, co jest w teczce, jaką minister Grad zawiózł do Brukseli. To będzie prawdziwy test dla sprawności polskiej polityki, bo wczorajsza debata - z Wałęsą, "Solidarnością” i stoczniowcami w tle - była tylko historyczną zasłoną dla wyzwania, przed jakim staje rząd. Dobrze by było, gdyby szukając rozwiązania, nie dali się zwieść marzeniom o wielkim polskim przemyśle stoczniowym.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Świadczenia, emerytury, podatki, zmiany przepisów, newsy gospodarcze... To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik Radzi. Chcesz się dowiedzieć, kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? A może jakie ulgi można odliczyć od podatku? Kto może otrzymać środki w ramach renty wdowiej? Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj