„Chlebek” – tak partyjni koledzy i sejmowi dziennikarze nazywają Zbigniewa Chlebowskiego, szefa klubu parlamentarnego Platformy Obywatelskiej. Można bez żadnego ryzyka stwierdzić, że ostatnie dwa dni „Chlebek” uważa za jedne z najprzyjemniejszych w swoim życiu. Dokonał rzeczy wielkiej i to w czasie, gdy rywale kwestionowali jego pozycję.

Chlebowski po kilku rundach negocjacji doprowadził do tego, że sejmowa większość odrzuciła prezydenckie weto w sprawach ustaw pomostowych. To on przekonał najpierw sejmową drobnicę – SdPl i Polskę XXI – do poparcia stanowiska rządowego. Następnie dokonał rzeczy trudniejszej – wykorzystał wewnętrzne podziały w SLD i doprowadził do tego, że ta lewicowa, powiązana ze związkami zawodowymi partia również poparła rząd. Kilka godzin prowadzonych przez niego negocjacji oszczędziło rządowi ostrego konfliktu politycznego, który groził w przypadku utrzymania weta. Pozostaje wprawdzie konflikt społeczny na linii rząd-związki zawodowe, ale to już działka kogo innego. A konkretnie Michała Boniego z Kancelarii Premiera.

Sukces „Chlebka” ma też wielkie znaczenie dla niego samego. Choć na zewnątrz Platforma wygląda jak monolit, to w rzeczywistości wewnątrz buzuje ostrą rywalizacją i licznymi ambicjami. Chlebowski jest uważany za lidera ludzi, którym nie po drodze z wszechpotężną frakcją wicepremiera Schetyny. Droga życiowa Chlebowskiego spowodowała, że znalazł się w tej pozycji. Nie należał do Kongresu Liberalno-Demokratycznego (a to rodzaj szlachectwa wewnątrz PO), był kiedyś związany z Janem Rokitą, był też kiedyś samorządowcem. Wokół niego gromadzą się posłowie, którzy nie należeli do KLD. W istocie jest on ostatnim w miarę niezależnym od kierownictwa partii politykiem, który jednocześnie dysponuje jakimś zapleczem.

Jego pozycja była w tej kadencji parokrotnie podważana. Na początku przeżył gorzkie upokorzenie, gdy wbrew oficjalnym zapowiedziom, nie został ministrem finansów. Dostał za to bardzo ważną pozycję szefa klubu. Ale i tu jego przeciwnicy to kwestionowali i woleliby widzieć na jego miejscu kogoś innego. Kilka dni temu media podawały, że grupa kilkudziesięciu posłów buntuje się przeciwko Chlebowskiemu, rzekomo z powodu jego nieróbstwa. W bunt można uwierzyć, jest prawdopodobny. Ale i widać, że przeciwnicy szukają na niego kija. Zarzut lenistwa bowiem jest pretekstem znalezionym ad hoc – bo Chlebowski ma wady, ale nie można mu zarzucić braku pracowitości. To wie każdy, kto obserwował jego pracę jeszcze jako szeregowego posła.

Gdyby negocjacje się nie powiodły to wtedy ich wynik byłby takim kijem na Chlebowskiego. Bo przecież nie załatwił. Ale udało mu się. Udała się też rzecz ważniejsza – powrót do tego co jest istotą parlamentaryzmu. Czyli negocjacji i kompromisu. Brakuje głosów? Więc trzeba negocjować. Ostatnio trochę o tym zapomnieliśmy. Stąd opinie, że PO nie może rządzić, bo prezydent przeszkadza. Po sukcesie Chlebowskiego widać, że te wypowiedzi były tylko przejawem demagogii lub hipokryzji. Bo istotą demokracji nie jest karne podnoszenie rączek do góry, ale negocjacje, negocjacje i jeszcze raz negocjacje.