Dla rządowego sukcesu wystarczyło zręczne wygranie wewnętrznej słabości Lewicy, połączone z nieco kosztownym kompromisem z ZNP - ważnym lobbystą na Lewicy. Czyli powszedni chleb parlamentarnej polityki. Ustępstwo wobec związku nauczycielskiego jest ceną niekorzystną dla polskiej szkoły. Ciągle nie wiemy jak daleko idącą, bo politycy PO składają na ten temat sprzeczne deklaracje. Ale cały kompromis robi raczej dobre wrażenie. Stanowi chyba maksimum tego, co realnie było możliwe. A premierowi należą się słowa uznania.

Reklama

Politycznym efektem weta emerytalnego musi stać się osłabienie opozycji. SLD na tej próbie złamało sobie opozycyjny kręgosłup. Żeby nie było wątpliwości - z punktu widzenia interesu publicznego Lewica dokonała słusznego wyboru. Od piątku jednak status polityczny SLD przypomina nieco rolę sławetnych "przystawek" po tzw. "umowie stabilizacyjnej" z 2006 roku. Niby wszystko od nich zależy, bo są jedynymi gwarantami niezbędnej dla rządu większości. Ale ich zdolność do suwerennych zachowań osłabła na tyle, że odtąd zalicza się ich nie do tych, których trzeba słuchać, lecz tych, którzy słuchają. Koniunkturalność postkwaśniewskiej formacji lewicowych polityków sprawia, że wewnętrzna "partia Tuska" w SLD pozostanie zjawiskiem trwałym. Co oczywiście nie znaczy, że od czasu do czasu Lewica nie może nadal sprawiać kłopotów.

PiS za wcześnie wystrzelał swoją najostrzejszą amunicję. Weto w tak drastycznej społecznie sprawie wsparte związkowymi rozruchami - to była bijąca w Tuska kolubryna. Została obezwładniona. Skutek jest natychmiastowy: zapowiedź podpisania przez prezydenta specjalnej ustawy o długach stoczni wbrew dotychczasowemu stanowisku PiS. Obu Kaczyńskim znacznie trudniej będzie odtąd uprawiać agresywną opozycję. Wszystkie następne konstytucyjne środki, jakich mogą użyć do walki z rządem, będą już tylko słabsze od tego najmocniejszego, który zawiódł. A na związkowe rozruchy i petardy Tusk może być odporny z dość prostego powodu: to nie są jego wyborcy. Jeśli nie udało się na ścieżce wojennej uzyskać jakiejś widomej przewagi nad rządem, Kaczyńscy powinni rozważyć przynajmniej na jakiś czas przyjęcie taktyki odprężenia. Być może wspólne z rządem popchnięcie kilku doniosłych spraw naprzód wzmocniłoby także polityczne aktywa opozycji. Na przykład dokonanie zmian konstytucyjnych potrzebnych do wprowadzenia euro albo zablokowanego przez trybunał uwłaszczenia mieszkań. Na pierwszej sprawie winno zależeć bardziej Tuskowi, na drugiej Kaczyńskim.

Łatwość z jaką Tusk rozbroił weto emerytalne ma znaczenie zasadnicze dla rozstrzygnięcia ważnego sporu o naturę obecnej władzy. Nie było w ciągu ostatniego roku i nie ma tym bardziej obecnie istotnych obiektywnych przeszkód dla prowadzenia przez premiera Tuska bardziej ambitnej polityki. Nie mieli więc racji także oponenci zgłoszonej niegdyś przeze mnie tezy o marnotrawieniu wielkiego reformatorskiego potencjału zgromadzonego i niewystarczająco używanego przez premiera. Opozycja wystrzeliła z najcięższych armat i ledwie wróble z dachu pouciekały. Premier mówiący nie tak dawno w telewizji Tomaszowi Lisowi: "Dajcie mi pełnię władzy!", poszukuje nieuprawnionego alibi. Jest niestety o wiele bliższy prawdy, gdy na Uniwersytecie Jagiellońskim opowiada studentom smutny żart, iż ostatnim "wielkim" politykiem w Polsce był Roman Giertych. I otrzymuje chwilę potem słuszną reprymendę za brak ambicji od dzielnego krakowskiego studenta. Mając teraz po temu znacznie silniejsze dowody, powtarzam więc ceterum censeo. To, jak będzie wyglądać Polska, zależy dziś nie od braci Kaczyńskich, nie od SLD i nawet nie od PO. Ale od tego, co siedzi w Donaldzie Tusku.