Dziennik Gazeta Prawana logo

Rymanowski: Życzę Pacewiczowi mojej widowni

22 grudnia 2008, 11:44
Ten tekst przeczytasz w 7 minut
Rymanowski: Życzę Pacewiczowi mojej widowni
Inne
Chyba jednak to Piotra Pacewicza coś boli. Wszyscy jesteśmy ludźmi, a zazdrość to cecha bardzo ludzka. Współczuję mu, że nie potrafi nad tym zapanować - mówi w wywiadzie dla DZIENNIKA Bogdan Rymanowski

Bogdan Rymanowski: Rozbolała mnie głowa i wciąż nie przestaje boleć.

Z jednej strony ta nagroda jest jak walnięcie młotem, po którym człowiek ma poczucie wielkiego zadowolenia i spełnienia. Grand Press to marzenie każdego dziennikarza i olbrzymi sukces. Z drugiej strony czuję się jakby mi ktoś założył 10-kilogramowe buty. Teraz każda moja wpadka będzie jeszcze bardziej widoczna, a każdy błąd wytykany ze zdwojoną siłą.

Każdy z głosujących ma własne wyobrażenie na ten temat. Jeśli miałbym zgadnać dlaczego akurat wybrano mnie, postawiłbym na styl moich rozmów. Oczywiście dziennikarze telewizyjni są uprzywilejowani, bo w telewizji można łatwo zrobić sobie "znaną gębę". Ale Grand Press to nie jest konkurs na fajną i sympatyczną gębę, tylko na to, co się kryje za tą gębą. Tę zawartość oceniają koledzy po fachu, profesjonaliści, najbardziej surowe jury, które nie kupuje pustych opakowań.

Rzeczywiście, miłość czasami zabija, a przesadne głaskanie dziennikarza może go dobić. Każdy prawdziwy dziennikarz, w ogóle każdy człowiek musi mieć przeciwników. I zapewniam, że ja też takich mam. I to nawet sporo. Jeden z polityków PiS powiedział mi niedawno, że to właśnie mój program przeważył szalę na rzecz bojkotu stacji. Były premier z lewicy zarzucił mi, że film "Szpieg" był wymierzoną w niego prowokacją. A bardzo prominentna postać PO pogniewała się, bo publicznie wyciągnąłem sprawę jej kolegów. Ale moja praca nie polega na tym, aby się wszystkim podobać.

Na dociekaniu prawdy, wszędzie tam, gdzie jest to możliwe. W każdej sprawie i w rozmowie z każdym. Na dociskaniu polityków w miejscach, w których nie lubią być dociskani. I nie ma dla mnie znaczenia, czy ktoś zareaguje gniewem na moje pytanie. Nie jest najważniejsze żeby w programie było fajnie. Chodzi o to, żeby z moich rozmów z politykami coś wynikało. News, komentarz, nakreślenie rysu psychologicznego rozmówcy. Kiedy dziennikarz zastanawia się, jak będzie przyjęty i czy będzie lubiany, to w tym momencie kończy się jako dziennikarz.

I bardzo się z tego powodu cieszę. Gdzie jest napisane, że rozmowa o ważnych sprawach ma być ponura, nudna i mało emocjonująca? Niedzielne przedpołudnie to wyjątkowa pora, z własnym klimatem: bardziej śniadaniowo, bardziej na luzie i bez sztywniactwa. A ja robię także w publicystyce cięższego kalibru, prowadzę magazyn "24 godziny" w TVN24. Tam już nie jest tak miło.

Nie umawiałem się z nim na ten łeb. Mam pecha albo szczęście, że jak już Palikot do mnie przychodzi, to coś przynosi albo wali prostu z mostu. Telewizja kocha takie wyraziste postaci, to one wywołują emocje. Skłamałbym więc, gdybym powiedział, że nie szukam sposobu na przykucie uwagi. I staram się łączyć przyjemne z pożytecznym.

To znaczy, że jeśli mam dwóch fenomenalnych merytorycznie ekspertów, których nikt nie zna i którzy mówią hermetycznym językiem, to dopraszam do nich "wyrazistą twarz". Wiem, że ona przyciągnie przed ekrany więcej osób. Wolę dotrzeć do ludzi z jakąś informacją, choćby nawet powierzchowną niż nie dotrzeć wcale.

A czy DZIENNIK nie przeprowadza wywiadów z Palikotem? Przeprowadza- i bardzo dobrze. Nie mam listy polityków "wykluczonych". Rozmawiać trzeba z każdym, a tym bardziej z tymi, którzy rządzą. Może mi się nie podobać jak wyraża się on o innych, ale nie należy traktować Palikota jak wariata.

Najbardziej boli, gdy ktoś wytyka mi błędy, które popełniłem. Jeśli przyłapie mnie na jakimś przekłamaniu albo nieprzygotowaniu do rozmowy. Jeśli udowodni, że zamiast być bezstronnym, wchodzę w sojusz z jednymi i nawalam bez opamiętania w drugich. Ale ten przypadek jest inny. Chyba to jednak pana Piotra Pacewicza coś boli. Wszyscy jesteśmy ludźmi, a zazdrość to cecha bardzo ludzka. Współczuję mu, że nie potrafi nad tym zapanować. Wie pani, kiedy nazwał mnie "niedziennikarzem roku", dostałem więcej SMS-ów ze wsparciem niż dzień wczśniej, kiedy odbierałem nagrodę Grand Press. Moi przyjaciele z TVN24 i TVN poczuli się, jakby ktoś im napluł w twarz i całą ich ciężką pracę wrzucił do kubła z pomyjami: "my, elita z Gazety, gardzimy tym plebsem z telewizji; to my jesteśmy najmądrzejsi, a u nich pracuje tylko druga kategoria". A przecież prawda wygląda zupełnie inaczej. I tu, i tam pracują fantastyczni, rzetelni i uczciwi dziennikarze. Robią to samo, tylko w innej formie.

Niech każdy z nas uprawia własny ogródek. I niech każdy robi to, co potrafi najlepiej. I tu, i tam praca dziennikarza to harówka kilkanaście godzin na dobę. Jeśli praca w telewizji jest tak kompletnie bezwartościowa, wtórna i nie przynosząca żadnego pożytku, to dlaczego "Gazeta" tak obficie cytuje wypowiedzi i informacje, podawane przez TVN24? Dlaczego dziennikarze "Gazety" tak często goszczą w naszej telewizji? Dlaczego nie brzydzą się uczestniczyć w tak popularnych programach jak "Skaner polityczny" czy "Loża Prasowa"? Piotr Pacewicz chyba zapomniał, że najstarszą formą dziennikarstwa jest rozmowa, a więc zadawanie pytań. To właśnie TVN 24 stała się od kilku lat centralnym miejscem politycznej debaty, często zastępując sam parlament. Być może z tym właśnie największy problem ma pan Piotr Pacewicz. Może boli go to, iż to nie on wyznacza ramy publicznej debaty, nie on decyduje o czym wolno mówić, a o czym nie wolno, jakich gości można zaprosić, a jakich absolutnie nie. Z niecierpliwością czekam na dzień, kiedy stanie na czele własnej telewizji i pokaże nam "maluczkim", jak wyglądają prawdziwe standardy. I życzę aby udało mu się zdobyć taką widownię, jaką mają nasze programy.

Politycy często chcą wykorzystać dziennikarzy jako swoje narzędzia. Aby przekazać korzystną dla siebie informację albo zbudować w mediach własną pozycję. Tego nie da się uniknąć, robi to lewica, prawica i centrum. Dziennikarze nie są dziećmi i dobrze o tym wiedzą. Powinni się tylko pilnować żeby nie stać się wobec polityków dyspozycyjnymi.

Mam wrażenie, że niektórzy z nas w pewnym momencie z dziennikarzy zamienili się w polityków. I dlatego bez poczucia wstydu stawali po jednej stronie politycznego sporu, a to jest najgorsze, co może zrobić dziennikarz. Stać się dziennikarzem partyjnym. Ja się dawno z tego wyleczyłem. I staram się unikać takich klimatów. Dlatego z zasady nie podpisuję listów otwartych, które - często wbrew woli sygnatariuszy - stają się polityczną demonstracją, kto jest za, a kto przeciw. Nie mówię, że żaden taki list nie ma sensu. Ale często dają pretekst politykom do przypinania łatek i uciekania się do wybiegów w stylu: z tym dziennikarzem nie będę polemizował, bo on jest "reżimowy" albo "opozycyjny".

Każdy ma prawo do własnych poglądów. Jeden okazuje je bardziej, inny mniej, ale to nie powód, żeby wyzywać się od "psów łańcuchowych" jakiejś partii. Mam taki własny, prywatny test na dziennikarską wiarygodność: jest dobrze, kiedy obrażają się na ciebie politycy różnych partii. To znaczy, że jesteś ok. Oczywiście zdarzają się dziennikarze, którzy przekraczają granice i stają się funkcjonariuszami partyjnymi, ale to jednak margines.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Świadczenia, emerytury, podatki, zmiany przepisów, newsy gospodarcze... To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik Radzi. Chcesz się dowiedzieć, kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? A może jakie ulgi można odliczyć od podatku? Kto może otrzymać środki w ramach renty wdowiej? Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj